Pod kamienicą, przed którą stała, jakaś babinka sprzedawała rzodkiewki. Kilka pęczków świeciło jak rubiny na tle szarego budynku, brudnego chodnika i zaniedbanego trawnika. Agata wahała się. Stąpała z nogi na nogę. Zastanawiała się, czy podobnie jak dyrektor podstawówki zorientuje się, że wcale nie zbiera materiałów do artykułu.
-Rzodkieweczkę?- zagadnęła ją babcia.
-Nie, nie, ja…- podeszła do drzwi i zerknęła na domofon. Przeszedł ją dreszcz, bo nie zauważyła na liście mieszkańców nazwiska, którego szukała.
-Pani może szuka Pani Aldonki?- ponownie odezwała się pani od rzodkiewek. Agata odwróciła się jak rażona prądem.
-Skąd pani…
-A bo ja panią Aldonkę trochę znam, codziennie ją przecież widzę- zaśmiała się i spuściła wzrok- Może jednak… rzodkieweczkę?
-Tak, tak oczywiście…- od razu zorientowała się, że dopóki czegoś nie kupi nie usłyszy od babci ani słowa- Pęczek…
-Pęczek?- spojrzała na nią rozczarowana.
-Nie, faktycznie, niech Pani da dwa- uśmiechnęła się uspakajająco- Albo ten też ładnie wygląda, to może Pani trzeci dorzucić- spojrzała na nią wyczekująco.
-Dziewięć złotych.
-Ile?
-Z własne ogródka rwane, pani kochana, jeszcze mam ziemię za paznokciami…
-Dobrze, dobrze, reszty nie trzeba- wcisnęła jej banknot do ręki i odebrała woreczek z rzodkiewkami.
-Ach tak, tak- kiwnęła głową kobieta, widząc że Agata nie odchodzi i uparcie się w nią wpatruje- Pani Aldonka jest w domu, jakąś godzinkę temu wróciła. Prosiła, żeby pani przekazać, że mieszka pod numerem szóstym, bo pani pewnie szuka jej pod nazwiskiem panieńskim.
-Jakim cudem wiedziała że przyjdę? Skąd Pani wiedziała…?
-Parę dni temu, zdenerwowana strasznie machała mi przed twarzą jakąś gazetą…- zmarszczyła czoło- Potem, już następnego dnia, mówiła że może pojawić się taka blondynka i będzie jej szukać, i że mam jej powiedzieć co i jak… To mówię. Ja panią Aldonkę bardzo lubię.
-Pod szóstym?- ruszyła w stronę drzwi. Nacisnęła wyślizgany guziczek i praktycznie w tym samym momencie usłyszała brzęk i drzwi ustąpiły. Nie wiedziała jakim cudem, ale z całą pewnością pani Dereń oczekiwała jej wizyty. Szła powoli po drewnianych, miękkich schodach, przesuwając dłonią po wyślizganej poręczy. Bała się jak nigdy dotąd przy pracy nad tekstem. Złocista szóstka odbijała się w jej oczach, kiedy naciskała czerwony guzik dzwonka. Tym razem musiała czekać.
-Ach, to pani… Czy widziała pani może, czy nie ma czegoś w skrzynce?
-Nie zwróciłam uwagi…- powiedziała zupełnie szczerze Agata.
-Tak myślałam. Nie mówili pani, że dziennikarz, zwraca uwagę na wszystko?- spojrzała na nią przeciągle. Odsunęła się, robiąc jej miejsce w drzwiach. Ola weszła, odurzona przez duszny i słodkawy zapach kwiatów. Dopiero kiedy usiadła przy fikuśnym stoliczku nakrytym dzierganą serwetą, przemogła się i bezczelnie wlepiła wzrok w siedzącą naprzeciw niej kobietę, łaknąc każdy szczegół jej osoby. Burza drobnych loków, która zapewne tworzyłaby istną aureolę, była spięta niemal na czubku głowy żółtą chustą, uzupełniającą w jakiś bajkowy sposób letni szlafrok haftowany w żurawie, którym była finezyjnie opatulona. Na stopach miała zabawne, wełniane pantofelki, przywodzące na myśl buciki indyjskich księżniczek. Jej twarz była zmęczona, nieumalowana. Odbijając refleksy złocistych kolczyków, błyszczały w niej brązowe oczy, czujne i niespokojne. Choć wyglądała na opanowaną, Agata wyczuła, że kobieta potrafi być impulsywna i skłonna do ryzyka. Jej mieszkanie było pełne słońca i kolorów. Meble z różnych epok, krajów i kolekcji przepychały się jeden obok drugiego, dźwigając ciężar książek, ramek ze zdjęciami, lampek, świeczek, pamiątek, tysiąca bzdur, bez których można sobie dać doskonale radę, a jednak są w jakiś sposób niezbędne. W kącie pokoju leżało posłanie dla psa, wymoszczone zielonym kocykiem w kości. Samego psa nie było jednak widać- tylko na szerokim parapecie, obok miedzianego dzbanuszka wygrzewał się wielki, biały kot, a w złocistej klatce, ocienianej przez pnące się rośliny, na małej żerdzi siedziały dwa kanarki, od czasu do czasu pomrukując melodyjnie.
-Pięknie pachnie- powiedziała Agata, pochylając się nad wysoką szklanką, pełną radośnie seledynowego napoju.
-To tradycyjny napój z Maroka. Marokański napój życia- uśmiechnęła się- To praktycznie sama zielona herbata z miętą i kilkom przyprawami, ale… Ma to coś.
-Nieprawdopodobnie smakuje.
-Marokańczycy mówią, że należy wypić przynajmniej trzy szklaneczki: za zdrowie, za miłość i za śmierć.
-Więc za co pijemy?
-Za moje zdrowie, którego zaczyna mi brakować, pani miłość i śmierć.
-Na zdrowie- przechyliła szklankę, czując jak kostki lodu obijają się o jej zęby, a przeciskający się między nimi płyn zalewa jej usta falą orzeźwienia.
-Właściwie- usiadła wygodniej, na perkalowym fotelu, którego brzeg spowijała wielobarwna chusta z afrykańskim motywem. Aldona wzięła do ręki wymiętą gazetę- Właściwie, to za to powinnam podać Cię do sądu.
-Mnie?
-Wyliczyć pani nieścisłości?- spojrzała na artykuł, później na wystraszoną Agatę- Kilka wersów jest żywcem skopiowanych….
-Nie kopiowałam nic! Sama to…
-Sama?
-No… nie do końca, ale na pewno…
-Kto Ci to dyktował? Sypał tymi złotymi myślami? Kto chciał zrobić Oli taką lau… Jak mogłam się nie domyślić- przez jej twarz przemknął cień zrozumienia- Jak go znalazłaś?
-Kogo?- spytała płaczliwie.
-Janka! Skąd się u Ciebie, do cholery wziął ten stary… Nieprawdopodobne!- kiwała głową.
-Po prostu… przyszedł- wzruszyła ramionami mgliście przypominając sobie jego pełne politowania spojrzenie- Kiedy dowiedziałam się, że mam pisać artykuł o Kiliańskiej, zaczęłam pytać, szukać…
-Nic nie wiedziałam- powiedziała sucho.
-Ja… Ja też cudem się o pani dowiedziałam.
-Co, Janek nie mówi o mnie za dużo?- uśmiechnęła się złośliwie.
-Raczej… nie.
-Zawsze mu psułam jego wizję- przechyliła się w fotelu- On się momentalnie zadurzył w Oli, ja to wiedziałam, zanim go poznałam. Był mały przecież, całkiem w porządku, z tego co pamiętam, ale od zawsze marzył, że Ola będzie jego żoną, on będzie chodził do pracy… Nie znosił jej aktorstwa, tych wszystkich facetów, którzy mogli ją bezkarnie dotykać, tych bankietów, na których działy się cuda. Dla niego, chłopca z PRLu było tam zbyt jasno i kolorowo.
-Wspomniał o pani właściwie raz….- zarumieniła się- Powiedział wtedy, że jedyną osobą, o którą mógłby być zazdrosny, była właśnie Pani.
-Mógłby?- wytrzeszczyła oczy- Przecież on był wściekle zazdrosny o wszystkich, zwłaszcza kiedy Ola kursowała pomiędzy Warszawą a Łodzią. O mnie był zawsze zazdrosny, ale potem jeszcze doszedł Krzysiu, chłopaki z Łodzi, Niagara, w końcu Gaweł. Nie zdziwię się, jeśli był zazdrosny nawet o Igę.
-Igę?
-Nie dotarła pani do jej córki?
-Dotarłam, ale…
-Tak sądziłam, nie była zbyt rozmowna. Teoretycznie się jej nie dziwię- na chwilę ukryła twarz w dłoniach, po czym wstała i uchyliła drzwiczki w klatce. Mandarynkowy kanarek przeskoczył na jej dłoń i zamarł w bezruchu.
-Strasznie się… uniosła, kiedy tylko wspomniałam o jej matce.
-Ma do niej przeogromny żal, bo Ola… Wyjaśnijmy sobie coś, dobrze?- spojrzała na nią ostro- Kochałam Olkę, praktycznie była moją siostrą, ale nie wszystko co robiła mi się podobało. Zwłaszcza to, jaką była dla Igi matką. A właściwie, że nią nie była. Potrafię zrozumieć, że miała pracę, że chciała żyć, iść dalej, piąć się wyżej, ale… nie była już sama. Kiedy ją o to pytałam, mówiła tylko, że za bardzo przypomina Gawła.
-I tylko to?- wyrwało się Agacie. Oczy jej rozmówczyni zapłonęły.
-Tylko? Tylko? Wiesz, kim był Gaweł Tokarski? Za wcześnie umarł, żebyś wiedziała, za wcześnie- spojrzała na Agatę z ironią- Gaweł, był… Oni z Olą byli dla siebie stworzeni, idealni, wielcy. Pełni ideałów, gotowi walczyć o to co było dla nich ważne. Kiedy pojawiali się razem, nie było wątpliwości, że coś się stanie, że nie będzie nudno, przecież… w latach siedemdziesiątych byli chyba najbardziej rozpoznawalną parą w tym kraju, a w Europie też zaczynało być o nich głośno. Patrioci. Łazili na strajki, manifestacje… Byli jedynymi osobami z życia publicznego, które pojechały w grudniu do Gdańska. Co się oczywiście później zemściło, ale… kto wtedy o tym myślał?- zamyśliła się, a Agata instynktownie wyczuła, że nie należało się teraz odzywać- Nie wiem… nie wiem, naprawdę nie wiem czemu, ten ogień powoli znikał. Potem Ola zaszła w ciążę i naturalnie nie mogła zachowywać się jak wcześniej. A we wrześniu… Co ta dziewczyna przeżyła. Nie mieszkali wtedy w Warszawie, właściwie, to na dobrą sprawę nie mieli mieszkania na stałe w Polsce. Wynajmowali coś tu, w Krakowie, sypiali u przyjaciół w całym kraju, a najczęściej w ogólne ich tu nie było. Gaweł kręcił po całej Polsce, dopóki Holoubek nie zaproponował mu roli w „Karykaturach”. Nie wahał się, kochał Teatr Dramatyczny i zwolnił. Upierał się, żeby zamieszkać w Warszawie ale Olka nie chciała o tym słyszeć… Więc dojeżdżał do Warszawy. Praktycznie codziennie, czasem nocował, ale wolał wracać, bo się o nią bał. Pamiętam- usiadła na brzegu fotelu i zaśmiała się cicho- Siedział dokładnie tu, gdzie ty, tylko na innym krześle… Był lekko wstawiony, ale mówił z taką… jasnością. To był silny facet, dopiero wtedy uświadomił mi jak bardzo się bał. Nie wiedział czy poradzi sobie jako ojciec. Nadal nikt nie wie- szepnęła i pociągnęła nosem- Ale był gotowy poświęcić wszystko co robił, teatr, kino a pewnie i opozycję, byleby zapewnić Oli i dziecku spokojne i bezpieczne życie. Przespał się wsiadł w pociąg… Potem w drugi… i… koniec- mówiła coraz ciszej, a wspomnienia minionych lat niemal odbijały się w jej oczach- A rano zadzwonił do mnie Janek. Po raz pierwszy od paru miesięcy. Powiedział, że gdzieś pod Chorzewem w pociąg Gawła wjechał towarowy. I że chociaż nie wiadomo ile osób zginęło, Gaweł na pewno nie przeżył.
-Jak tak szybko…
-Szwagier kogoś z podziemia był zawiadowcą na tej stacji, więc praktycznie o pomyłce nie mogło być mowy. Myślałam, że zwariuję- objęła rękami twarz- Nie potrafiłam sobie wyobrazić, jakim cudem w jednej chwili ktoś trzyma Cię za rękę i mówi, a w drugiej… już go nie ma. Nie można z nim porozmawiać, potańczyć, no nic. Nie ma.
-A Aleksandra?
-Ola po prostu się zapadła- przymknęła oczy- Siedziała… Miała zamknięte oczy, powieki zaczynały jej puchnąć, a łzy leciały jak te strumyczki, bez przerwy. Zaciskała pięści, mruczała coś pod nosem, nie chciała jeść ani pić, nie rozmawiała. Wieczorem zerwała się i powiedziała, że musi gdzieś iść, że wie co robi, i że nikt ma jej nie odprowadzać. A rano zadzwoniła Niagara, że Ola jest przesłuchiwana.
-Tak po prostu?
-Takie czasy….- westchnęła- Wymyślili jakiś bzdurny pretekst, że muszą ją zapytać czy nie potrzebuje czegoś, w związku ze śmiercią Gawła… Potem to już tylko szły telefony, Niagara rwała włosy z głowy, dostawała obłędu na myśl, że Oli może się coś stać. Dopiero Łomnickiemu udało się ją stamtąd wyciągnąć. Nawet sobie nie wyobrażasz… Jak źle może wyglądać kobieta w ciąży. Cała w ranach i sińcach, z rozciętą wargą i brwią. Wciąż płacząca. Powtarzała, że nie zasługiwała na Gawła. Nie umiała przestać.
-A pani?- wychrypiała Agata.
-Ja?
-Jak Pani… w tym wszystkim.
-Choć nadal kochałam ją nad życie, moje relacje z Olą znacznie się pogorszyły. Wciąż pamiętałam co mówił Gaweł… Poza tym, potem urodziła się Iga, ja widziałam jak Ola ją traktuje… Potem poznałam mojego pierwszego męża, pracownika ambasady, dzięki któremu pokochałam podróże. Coraz częściej mnie tu nie było. Nie byłam już na każde skinienie- dodała gorzko.
-Pani czuła się przez nią wykorzystywana?
-Nonsens!- oburzyła się i wykrzywiła usta- Wszystko ma swoje wady i zalety.
-Nie chciała Pani być jak ona?- zaryzykowała, zagryzając wargi. Dereń zerwała się i oparła ręką o brzeg stołu.
-Nie! Nie!- krzyknęła- Nie chciałam być jak Ola. Zresztą… Zapamiętaj sobie jedno, to była bardzo niebezpieczna kobieta.
-Do tej pory słyszałam, że była wyjątkowa…
-To się nie wyklucza- uśmiechnęła się ironicznie- Umiała sobie mnie owinąć wokół palca, ani się nie obejrzałam a straciłam tydzień, miesiąc, dwa, jeżdżąc za nią, chodząc na próby, chodząc na wiece, biorąc udział w jakiś paranoicznych protestach. Nie robiła tego złośliwie, po prostu wypełniała całą przestrzeń, w jakiej się znalazła. Oszalał dla niej Janek, oszalał dla niej Gaweł, tylko ona nie potrafiła dla nikogo oszaleć.
-Pani zdaniem, nie kochała Tokarskiego?- Agata była coraz bardziej przerażona tym, co słyszała. Zbzikowana na punkcie bibelotów i podróży starsza pani okazywała się nagle tykająca bombą zegarową, duszoną przez wiele lat skrywane żale.
-Milcz!- krzyknęła- Jak można tak osądzać ludzi nie mając o nich pojęcia! Nie znałaś ich, a posądzasz o to, że byliby w stanie przeżyć tyle lat bez miłości, obok siebie!
-Sama pani mówiła, że ogień…- próbowała się bronić.
-Zawsze tak jest, że najpierw nie mogą jeść, spać, oddychać, potem wchodzi rutyna i wszystko się stabilizuje. Ale o tym też nie masz pojęcia!- jadowity uśmiech wykrzywił jej twarz- Dla Ciebie miłość to telenowele i tanie romansidła…
-Teraz pani mnie ocenia!- odezwała się agresywnie Agata.
-Oceniam? Mówię co widzę- lód w jej głosie paraliżował Agatę, zaskoczoną obrotem spraw- Czeka na Ciebie ktoś, kiedy wracasz do domu? Masz dla kogo robić zakupy, przymierzać sukienki, szukać prezentu na Gwiazdkę?
-Mam!
-To gdzie on teraz jest? Co robi? Jak się czuje?
-Ja…- Agata była osaczona, nie miała jak się bronić, bo słowa Aldony Dereń nagle nabrały sensu, jakby życiorys Starskiej był jej znany od dawna. Mówiła prawdę, wytykała jej wszystko, co mogło zaboleć.
-Nie wiesz! Zapomniałaś zapytać! Wyjechałaś z miasta na kilka dni i nawet mu nie powiedziałaś?
-Nie spowiadam mu się…
-Co za lanie wody! Nawet o tym nie pomyślałaś!- wrzasnęła- Nie dociera do Ciebie? Zaniedbujesz nie tylko siebie, ale ludzi wokół…!
-Skąd pani wie, co ja robię?
-Bo mnie Ola zrobiła to samo!- odwróciła się nagle i mówiła patrząc na ścianę- Była tak przytłaczająca, pociągająca, barwna… Wszystko, byle być koło niej, by się z nią bawić, pomagać, by liczyć na jej pomoc. Twoje życie też zdominowała, nie widzisz tego?
-Nie!- teraz Agata bała się już naprawdę.
-Kiedy byłaś u rodziców? Znajomych, w kinie, teatrze? Kiedy całowałaś się z tym chłopcem? Żyjesz tylko Aleksandrą, ryjesz w jej życiorysie, przeszukujesz taśmy i archiwa, chcesz słuchać o jej pasjach, o jej wadach i ulubionej muzyce! Nawet teraz, tyle lat po śmierci…
-To nie… To moje życie, ja decyduję co robię, gdzie i z kim!
-Mój Boże…- westchnęła smutno- Jakbym słyszała siebie…- ostatniego słowa Agata już nie usłyszała. Chwytając torebkę wybiegła z mieszkania na szarą ulicę. Miała rozbiegane oczy, pełne łez. Była sama w tym wielkim mieście, czuła jak mgiełka wspomnień, blasku świetności, która do tej pory ją uskrzydlała, zaczyna ją dusić, budzić strach. Nie wiedziała gdzie iść, by nie natrafić na ślad Kiliańskiej. Obezwładniające poczucie zagubienia odebrało jej czucie w nogach. Oparła się o szorstką ścianę kamienicy i drżącymi rękami wybrała numer. Sygnały biły ją po uszach, nie pozwalając się uspokoić.
-Taak?- Mikołaj jak zawsze przeciągnął samogłoskę.
-Mikołaj, Mikołaj…- szeptała do słuchawki, krztusząc się łzami. Oddałaby wszystko, żeby mieć go obok siebie chociaż na chwilę, żeby ją, objął, skrzyczał, cokolwiek… I wtedy zrozumiała, że tak jak ponad trzydzieści lat wcześniej Kiliańska powtarzała imię zmarłego ukochanego, tak teraz ona, nie była w stanie powiedzieć niczego więcej. Przerażenie ścisnęło jej gardło, uświadomiła sobie, że Dereń miała rację, że….
-Agata?- Mikołaj swoim ciepłym głosem przywrócił ją do świata- Agata, co się dzieje?
-Przepraszam, tak strasznie Cię przepraszam!
-Mała, gdzie jesteś?
-Przepraszam… Jestem sama, tak kompletnie sama!... Ja się chyba… pogubiłam.
-Gdzie jesteś?- pytał coraz ostrzej- Daj mi pięć minut i zaraz będę!
-W Krakowie.
-Co? I nic mi nie powiedziałaś?
-Jestem głupia!...
-Ktoś Ci coś zrobił? Do jasnej cholery, Agata, powiedz coś?
-Po prostu… Po prostu tak strasznie za Tobą tęsknię, Mikołaj!
-Spokojnie, no już- powiedział ciepło- Jutro będę w Krakowie, obiecuję.
-Kocham Cię Mikołaj….- w końcu to powiedziała. Sama z siebie. Wtedy przypomniała sobie, jak zginął Gaweł Tokarski i tak bardzo wystraszyła się analogi…- A jeśli… coś się stanie?
-Maleństwo moje, co miałoby się stać? Jutro, z samego rana będę w Krakowie, gdziekolwiek będziesz chciała, wszędzie Cię znajdę.
-Mikołaj…
-No już. Idź się połóż, rano będzie lepiej. I zjedz coś, dobra?
-Mhm…
-Serio mówię, masz coś zjeść. A jutro… Jutro o dziesiątej na Małym Rynku.
-Wszędzie. Kocham Cię.
-Teraz, już wiem.
-Żyć się odechciewa- mruknął pod nosem Sarba, przekreślając na czerwono kolejne błędy na kartkówkach swoich uczniów. Siedział wyprostowany jak struna, przy dużym dębowym biurku, oświetlonym ostrym światłem kreślarskiej lampy. Mógłby już być na emeryturze, siedzieć w domu i gapić się na kwiatki w doniczkach. Mógłby być daleko od szkoły, od bezmyślnych dzieciaków i zapatrzonych w nie rodziców. Ale bardziej od motłochu szkoły przerażała go myśl o bezgranicznej nudzie i bezczynności na jaką by się zdał. Mechanicznie skreślał błędne wyniki, które mnożyły się w pracach uczniów. Ostry dzwonek do drzwi wyrwał go z rytmu pracy. Wstał, przeciągnął się i otworzył drzwi.
-Ty ją na mnie napuściłeś?
-Iga… Co Ty tu robisz?- patrzył na stojącą w drzwiach blondynkę. Była wściekła. W ręku ściskała numer gazety sprzed kilku dni.
-Nie udawaj!- warknęła. Była ubrana zgodnie z najnowszymi trendami, powiewające lekko w przeciągu korytarza włosy, próbowały zdyscyplinować rogowe okulary przeciwsłoneczne.
-Może innym tonem…
-Nie mam pięciu lat, więc nie stosuj takich zagrywek.
-Wejdziesz?
-Po prostu odpowiedz!
-Nikogo na Ciebie nie napuszczałem.
-Ale powiedziałeś jej gdzie mnie szukać?
-Iga, daj spokój, Starska to mądra dziewczyna i znalezienie Cię nie nastręczyło jej wielu problemów. Wchodzisz czy nie?- mruknął, gdy okno w kuchni trzasnęło prowadzone siłą przeciągu. Iga Kiliańska wywróciła oczami i weszła do uporządkowanego mieszkania Sarby.
-Wiele się tu nie zmieniło- rzuciła mimochodem, czując jak głęboko schowane wspomnienia z dzieciństwa odżywają na widok wnętrza. Medal za udział w maratonie, którym kiedyś, jakoś niepoprawnie dawno temu puszczała zajączki… Wyblakłe akwarele, które niegdyś drażniły dziecięce oczy są barwnością… Maszyna do pisania z kulawym „k” i „a”, na której łamała sobie paluszki, teraz stała zapomniana na meblościance.
-Napijesz się… czegoś?- uniósł brew widząc jak uważnie przygląda się jego mieszkaniu.
-Nie, ja na moment- wróciła do rzeczywistości.
-Właściwie, to o co chodzi?
-Litości, kim jest ta cała Starska, której wyprałeś mózg?
-Co zrobiłem?- wybałuszył oczy.
-„ Wychowana w powojennej Warszawie, szybko zrezygnowała z marzeń o medycynie, które zamieniła na sen o estradzie”... Naprawdę, mogłeś postarać się bardziej- bąknęła ironicznie.
-Myślisz, że ja to pisałem?- zaśmiał się teatralnie.
-Nie, myślę, że podpuściłeś tą biedną dziewczynę, żeby wyprodukowała taką laurkę…
-Po co?
-Nie wiem, ale jestem pewna, że sobie coś uroiłeś… Błagam Cię tylko o jedno- spojrzała mu w oczy. Oczy człowieka, do którego niegdyś, jak zagubiony bagaż była oddawana na przechowanie- Nie mieszaj mnie w to. Nie rób retrospekcji mojego dzieciństwa, a przede wszystkim nie rób z niej idealnej matki. Nie chcę mieć nic wspólnego, z niczym, co jej dotyczy.
-Jakiej: „jej”?- żachnął się Sarba- Mówisz o swojej matce!
-Matce, dobre sobie. Chyba już ustaliliśmy, jaką była matką prawda?- warknęła i zacisnęła usta- Po prostu… To że Ty uważasz ją za ideał, nie znaczy, że nim była.
-A skąd niby wiesz, że nie?
-To że nie wiem, tłumaczy chyba wszystko?- spytała kąśliwie- A co do dziewczyny…
-Jest dziennikarką, nie zabronisz jej…
-Ja jej nie zabronię, a ty jej nie zmusisz- wrzuciła gazetę do stojącego w rogu przedpokoju kosza na śmieci- Jeszcze jeden taki artykuł, a nie zatrudnią jej nawet do pisania nekrologów. Moja matka zrujnowała kilku ludzi, bądź łaskaw nie kontynuować tej chlubnej tradycji…
-Kogo niby zrujnowała? Nawet nie próbujesz nas zrozumieć?
-Po co? Żyjesz wspomnieniami. Ja chcę należeć do prawdziwego świata. Ta dziewczyna też ma do tego prawo. Więc nie traktuj jej jak maszyny do pisania i daj pracować.
-Co Cię ugryzło, Iga?
-Po co rozgrzebywać stare sprawy?
-Skoro Ty nie chciałaś tego robić, to może…
-Po co obcy ludzie, mają się pławić w historii mojej rodziny? Po co mi to? Nie chcę być kojarzona z żadnymi skandalami, wypadkami, aferami.
-Twój ojciec…
-O nie!- po raz pierwszy podniosła głos- Jego w to nie mieszaj!
-Nigdy Cię nie zrozumiem!- uderzył się w czoło- Nawet go nie znałaś, a zawsze go bronisz!
-Bo jego nie mogłam poznać. Moja matka miała wybór i wolała o mnie zapomnieć. Zawsze to milej myśleć, że ojciec by się mną interesował…- mruknęła do siebie.
-Bardzo Cię kochała…
-Bredzisz- uśmiechnęła się i ruszyła do drzwi- Nigdy nie przestaniesz jej usprawiedliwiać. A to ze mnie się w przedszkolu śmiali, bo nie znałam nawet koloru oczu własnej matki!
_________________________________________________________________________________
Limo.