-Jestem zły. Tak, dobrze pani słyszała. Jestem złym człowiekiem, z wielu powodów- szpakowaty mężczyzna siedzący naprzeciwko niej zamyślił się- Nie kochałem ojca ani matki. Jak zresztą, on zniknął z domu jak miałem kilka lat, nawet jego twarzy nie pamiętam. Matka całymi dniami harowała w spółdzielni, ją też widziałem przelotem. Nie czułem nic- uśmiechnął się- Tobie widzę, nie mieści się to w głowie, ile możesz mieć zresztą lat. Nie zna pani świata, który mnie wychował. Nie tylko zresztą mnie. Olę także- znów urwał- Żony mojej też nigdy nie kochałem, jej to nawet nie szanowałem. Matka to co innego, ją się z urzędu szanuje, ale co ty o tym wiesz, ty w młodości szanowałaś gumę balonową…- spojrzał na nią ironicznie- Właściwie, to ja nawet nie wiem po co ten cholerny ślub z nią wziąłem. Dziesięć lat, jeden dzieciak, którego nie pozwala mi widywać, zresztą… Nawet nie miałbym ochoty- wzruszył ramionami- Pewnie teraz smarkacz niewiele młodszy od ciebie… Taki ze mnie ojczulek, nawet nie wiem ile gówniarz ma lat- burknął bardziej sam do siebie- Ale z tego co wiem, jemu też mnie nie brakuje. Ot, takie widzisz moje życie rodzinne- urwał i przyglądał jej się z gorzkim uśmiechem na twarzy.
Nie wiedziała co się dzieje. Pracowała w redakcji jednego z bardziej uznanych krajowych magazynów, od kilku miesięcy zaledwie. To co teraz robiła, było jej sprawdzianem i pierwszym poważnym zleceniem. Skończyła się dla niej era przynoszenia kawy, mycia kubków, robienia prasówek. Dano jej szansę wdrożenia się w świat, który pokochała od kiedy tylko o nim usłyszała. Świat słowa, które było jeszcze w stanie coś zmienić. Jej nagły i dla nikogo niespodziewany awans zbiegł się z wydarzeniem tyle ważnym co tragicznym dla polskiej sceny- rocznicą śmierci legendy teatru, Aleksandry Kiliańskiej. Dla jej przełożonego zbieżność zdawała się być jednoznaczna:
-Pani Agato, pani nie rozumie, że to i tak jest wielkie wyróżnienie? Wymarzony temat na pierwszy artykuł!- grzmiał zza biurka naczelny, widząc zawód jaki odmalował się na jej twarzy- Spodziewała się pani jakiejś afery rządowej, rozwiązania tysiącletniej zagadki?- kpił z niej- Proszę traktować sprawę poważnie, dla milionów Polaków ona nadal jest symbolem wolności, rozumie Pani?
-Ale… Jest tu tylu ludzi którzy ją widzieli, chodzili na jej spektakle… Ja nic o niej nie wiem!- Agata postawiła wszystko na jedną kartę i zdecydowała się powiedzieć prawdę. Szef wstał, oparł się o biurko i spojrzał na nią ciepło.
-Wiem. Ale tu, mam nadzieję że będzie pani nie tylko zarabiać pieniądze, ale i uczyć się- odparł i skończył rozmowę. Tak właśnie Agata wkroczyła w świat zupełnie jej obcy, zapomniany i wypchnięty z pamięci przez wspomnienia podwórkowych zabaw i szkoły. Świat, na zrozumienie którego najpierw była za młoda, w końcu, kiedy niemal go zaakceptowała zniknął. Pojawił się nowy, bardziej zachęcający dla dziewczynki w jej wieku. Kolorowy, błyszczący, tak silny, że w jej umyśle bezpowrotnie zastąpił poprzedni. Zaraz po wyjściu od szefa zdecydowała postawić kraj na głowie i znaleźć kogokolwiek, kto byłby w stanie powiedzieć jej coś o Kiliańskiej. Kogoś jej bliskiego, ale obiektywnego, nie lukrujących kolegów. Wykonała setki telefonów, napisała miliony mejli, wydrukowała ogłoszenia w gazetach. I kiedy już przyjęła do wiadomości pierwszą branżową porażkę i z pudełkiem lodów, w brudnym dresie, zapuchnięta od łez zasiadła na kanapie przed telewizorem, usłyszała dzwonek. Ktoś stał pod jej drzwiami . W ten oto sposób po raz pierwszy spotkała Jana Sarbę. Otworzyła drzwi i zobaczyła wysokiego mężczyznę, z zaczesanymi rudymi, gęstymi włosami. Oczy osadzone w owalnej, mądrej twarzy przyglądały jej się badawczo. Nie był ogolony, ale schludnie ubrany. W przeciwieństwie do niej- zapewne był rozczarowany widokiem dziennikarki do której zdecydował się przyjść. Oszołomiona Agata zaprowadziła mu fotel, zaproponowała kawę.
-Dla mnie tylko popielniczka- rzucił, siadając. Gdy tylko postawiła ją na stoliku zapalił papierosa. A gdy tylko włączyła dyktafon, zaczął mówić, obserwując powoli obracające się trybiki. I mówił bez przerwy, z rzadka pozwalając wtrącić się dziennikarce, która szybko zorientowała się, że mężczyzna doskonale wie co chce powiedzieć i w jaki sposób. Nie miała również złudzeń że dowie się choćby odrobinę więcej, niż on zdecyduje się jej wyjawić. Zdegradowana do roli biernego słuchacza, całkowicie poddała się woli Sarby, wbrew sobie zatracając się w jego opowieści.
-Właściwie niepotrzebnie zawracam pani głowę paplając o sobie- uśmiechnął gasząc papierosa, odruchowo wyjmując kolejnego z paczki leżącej na stole- Panią interesuje Ola. Ale widzi pani, były okresy, kiedy nasze losy były ze sobą nierozerwalnie splecione. Poznałem ją…- zamyślił się na chwilę, dokonując w myślach obliczeń- Na podwórku. Tak, mieszkaliśmy na tej samej ulicy, ona w jednej z tych słynnych secesyjnych kamieniczek, ja w jednorodzinnym, bezkształtnym domku. Ot, po prostu, spotyka się para dzieciaków.
-Janek! Chodźże tu w tej chwili!- słysząc szorstki głos matki wołającej go z kuchni, sześcioletni chłopiec z żalem oderwał się od papierowych samolotów, które namiętnie w tym czasie składał. Przeszedł mdły korytarz i wszedł do kuchni. W bladym świetle sączącym się przez żółte firanki stała jego mama. Przedwcześnie postarzała, twarz, za którą niegdyś uganiali się chłopcy dziś była pokryta siateczką zmarszczek. Przytłoczona zmartwieniami garbiła się, nieświadomie ukrywając swój wzrost. To po niej Janek był wysoki. Gdy tylko przeszedł przez próg, poczuł na sobie jej spojrzenie- zawsze gdy widziała go po raz pierwszy od dłuższego czasu, patrzyła na niego w ten sposób: przeciągle, szukając czegoś w jego twarzy, z lękiem, tęsknotą i niepokojem. Nie znosił tego. Ciążyło mu to, szybko zorientował się, że matka za wszelką cenę chce odnaleźć w nim ojca. I był pewien, że udaje jej się to za każdym razem. Wtedy jeszcze mgiełka wspomnienia o ojcu była przez niego pielęgnowana, w jego głowie pobrzmiewał donośny śmiech, moc uścisku gdy go podnosił, zapach tytoniu. Z czasem tęsknota za ojcem zniknęła zupełnie, ustępując rozżaleniu. A matka wciąż go kochała- Jesteś, bardzo dobrze- mruknęła w końcu, uśmiechając się słabo. Podeszła do niego szybkim krokiem i nieporadnie objęła. Nie potrafiła okazywać uczuć. Zanim zdążył się zorientować zawiesiła mu na szyi czarny sznurek, przez który przewieszony był srebrny klucz.
-Mamo…
-Pójdziemy razem do kościoła, a potem ja muszę biec do zakładu- machnęła ręką ze zniecierpliwieniem- Ty masz wrócić grzecznie do domu i nikomu nie otwierać, zrozumiano?- tylko kiedy starała się być groźna, widział jak wielką miłością go darzy. Sztuczny gniew jaki starała się przywołać na twarz bardziej go rozśmieszał niż przerażał.
-Dobrze mamo- powiedział tylko i uśmiechnął się. Wzięła go za rękę i wyszli z domu. Do świątyni nie było daleko, kilka przecznic dalej. Później doszedł do wniosku, że tylko dlatego zdecydowała się pozwolić mu wracać samemu. W drzwiach strąciła mu czapkę z głowy. Potulnie szedł za nią, wdychając mdły zapach kwiatów mieszający się z kadzidłem. Ludzie z pochylonymi głowami przycupnęli w ławkach. Sarba pomyślał kiedyś, że gdy był dzieckiem, do kościoła przychodził jak do muzeum. Fascynowało go tam wszystko- nie dostrzegał jednak tego, co odnajdowała tam jego matka. Wchodząc do kościoła lubił zgadywać jaki kolor będzie miała szata księdza, czy będzie miał dziś okulary. Zauważał że pod obrazem Matki Boskiej prawie zawsze stoją żółte kwiaty, czasem tylko fioletowe. Jako jedyny dostrzegał drżenie ogromnych żyrandoli, marzył żeby wbiec po krętych schodkach na ambonę. Przechodziły go dreszcze na sam dźwięk, wydobywający się znad jego głowy. Wtedy odkrył organy. Zrobiły na nim kolosalne wrażenie- lśniące, srebrne rury wiszące ponad głowami wiernych.
-Idź prosto do domu- po raz ostatni powtórzyła mu matka. Ucałowała go w policzek i odeszła. Przez krótką chwilę patrzył jak oddala się, w prostej granatowej sukience, z torbą przewieszoną przez lewe ramię. Szybkim, równym krokiem. Zgarbiona. Westchnął i ruszył w kierunku domu. Oddychał głęboko, chcąc wyczuwać chłód klucza na brzuchu. Dochodził do domu, kiedy znikąd pojawił się pokusa. Pokusa zgrzeszenia, złamania zakazu matki i dojścia do rogu ulicy. Nie potrafił się sprzeciwić. Z miną winowajcy i poczuciem dzikiej wolności w sercu minął drzwi swego mieszkania i z dumnie uniesioną głową ruszył dalej. Po drugiej stronie ulicy w bramie dziewczynki grały w klasy. Podskakiwały jak szalone, śmiejąc się i przekrzykując. Podszedł bliżej, dostrzegł starannie narysowane kawałkiem czerwonej cegły pola, w które wskakiwały. Wszystkie ubrane w spódniczki, z misternie uplecionymi warkoczykami.
-Chodź! Spójrz jak gramy!- zawołały ze śmiechem. Nieśmiało stanął w bramie. Zdecydował się usiąść na schodkach prowadzących do kamienicy i odgadnąć zasady dziewczyńskiej gry. Dopiero wtedy dostrzegł jeszcze jedną dziewczynkę. Niewzruszenie siedziała, patrząc z tęsknotą na skaczące koleżanki. Wokół niej leżały słoiki pokryte dziwną beżową masą, powoli zastygającą w promieniach południowego słońca.
-Nie grasz z nimi?- zagaił nieśmiało. Nieczęsto rozmawiał z dziewczynkami.
-Nie- było to bardziej westchnienie niż odpowiedź. Przyglądał jej się z zaciekawieniem. Miała na sobie spodenki, czerwone ogrodniczki.
-Nie lubisz? A może nie umiesz?- mruknął kpiąco, chcąc ją trochę zirytować.
-Nie mogę…
-Mamusia Ci nie pozwala? Powiedz no, powiedz dlaczego tak siedzisz?- im krótszych udzielała odpowiedzi, tym bardziej rosła jego ciekawość.
-Muszę! Muszę! Nigdzie nie pójdę…!
-Ola! Olaa! No chodź, nikt nie skacze jak ty! Pokaż mu!- zawołała jedna z dziewczynek podskakując na jednej nodze. Podbiegła do niej i pociągnęła za rękę. Dziewczynka ani drgnęła.
-Puśćcie, przestańcie!- krzyknęła, kiedy już wszystkie starały się ją poderwać ze schodków. Odeszły kiwając główkami ze zdumieniem. Czy była aż tak silna żeby nie poddać się tylu dłoniom? Zagadka ciekawiła go coraz bardziej.
-Hej, wstań już. Jeszcze się przeziębisz. Nie musisz wcale skakać- uśmiechnął się ciepło. Podniosła ogromne oczy i spojrzała na niego ze smutkiem.
-Ja naprawdę nie mogę!
-Powiedz mi, nie możesz chodzić?- spojrzał na nią wystraszony. Po chwili jednak uświadomił sobie, że przecież potrafi grać w klasy. Zamiast powiedzieć cokolwiek, ledwo zauważalnym ruchem głowy wskazała na słoik z kleistą substancją.
-Przy… Przykleiłaś się?- wyburczał z niedowierzaniem patrząc to na nią to na słoik. Kiwnęła tylko głową- Nie możesz tu siedzieć do końca życia!- zaśmiał się.
-Właśnie że będę!- warknęła z nagłą złością.
-Dlaczego?
-Bo nie pozwolę żeby mnie zabrali! Nigdzie nie pójdę!- wtedy po raz pierwszy na jej twarzy odmalował się tak dobrze mu później znany upór.
-Ja Cię chcę tylko zabrać do domu, do twojej mamusi. Zaczyna padać!- wskazał ręką na ciemniejące chmury. Dzieci bawiące się na placyku zniknęły już dawno.
-Nie dam się zabrać!
-Komu zabrać!
-Im! Wczoraj zabrali tatusia! Nie mogą zostawić mamusi samej!- pisnęła.
-Takie było moje pierwsze spotkanie z Aleksandrą Kiliańską- zdusił papierosa w popielniczce.
-I.. co dalej?- Agata nie dopuszczała do siebie myśli, że Sarba mógł zakończyć historię w tym momencie. Skuliła się na fotelu i słuchała go, dosłownie pochłaniała każde słowo.
-Chyba się pani nie spodziewa, że faktycznie siedziała tam do końca życia?- spojrzał na nią z politowaniem- Pobiegłem po ciepłą wodę i ją oblałem. To był taki klej z mąki i wody, tym można było wie pani, kartki dwie skleić, ale nie człowieka z kamieniem. Zaraz puściło. Odprowadziłem ją pod drzwi i wróciłem do domu- wstał.
-Już pan idzie?
-Tak. Ola w zbyt dużych ilościach bywa przytłaczająca- skłonił się i ignorując osłupiałą dziennikarkę wyszedł z jej mieszkania cicho zamykając drzwi.
================================
Limo.