-Halo, proszę pani!- blondynka wpatrywała się w Agatę z coraz większą irytacją. Ta jednak wciąż stała, zupełnie osłupiała konfrontując rzeczywistość z własnymi wyobrażeniami.
-Nie, ja… Ja się nie umawiałam- wydukała w końcu. Siedząca przed nią kobieta machinalnie sięgnęła po kalendarz.
-Najbliższe dwa tygodnie mam całkowicie zawalone, mogę zaproponować…- przerzuciła szybko kilka kartek w kalendarzu i czerwonym cienkopisem zakreśliła wybraną datę-.. piątek za dwa tygodnie. Pani się dobrze czuje?- znów spojrzała na nią, tym razem ze zniecierpliwieniem.
-Nie, ja po prostu…
-Właściwie to kim Pani jest?- Kiliańska uniosła brew i powoli wstała. Okazała się być wysoka, szczupła, szeroka w ramionach. Machinalnie zdjęła okulary i niedbałym ruchem odłożyła je na biurko- Jak Pani się nazywa?
-Agata Starska, pracuję dla gaze…
-Dziennikarka!- mruknęła triumfalnie blondynka. Napięcie zniknęło, poczuła się pewniej- Pani pewnie w sprawie tego studenckiego przeglądu? Ma pani podbitą akredytację?- zdjęła z półki gruby, czerwony segregator- Gdyby mogła pani powtórzyć nazwisko…
-Oczywiście, że mogę, ale zapewniam że tam go pani nie znajdzie- Agata ocknęła się. Zganiwszy się w myślach za dotychczasowy brak refleksu, zdecydowała się wyłożyć kawę na ławę.
-W takim razie…
-Zależy mi na przeprowadzeniu wywiadu- wypaliła dzielnie patrząc kobiecie w oczy.
-Wywiad?- Kiliańska była autentycznie zaskoczona- Co wyście się tak uparli na te wywiady! Nie pierwszy rok prowadzę firmę, a dopiero teraz dziennikarze się nią zainteresowali i do tego hurtem!
-Hurtem?- odruchowo powtórzyła Agata, szybko się poprawiając- Oczywiście szanuję Pani działalność, ale nie o tym chciałam rozmawiać.
-Zaczyna mnie pani naprawdę irytować- Kiliańska zerknęła na zegarek, teatralnie wzniosła oczy do nieba, po czym oparła się o biurko i skrzyżowała ramiona, patrząc na rozmówczynię wojowniczo.
-Zbieram materiały do artykułu i myślę, że mogłaby mi pani pomóc…- urwała w obawie przed reakcją blondynki na kolejne słowa- Udzielając mi odpowiedzi na kilka pytań.
-Niby na jaki temat?
-Pani matki- wyrzuciła z siebie Agata. Spojrzała na blondynkę. Wyglądała jakby trafił ją piorun. Poczerwieniała i zacisnęła usta. Powoli wstała i podeszła do drzwi.
-Żegnam- syknęła cicho.
-Ale ja…
-Chyba wyraziłam się jasno- wycedziła lodowato przeszywając wzrokiem dziennikarkę- Że też od razu się nie zorientowałam! Ja nie mam matki.
-Miała pani…
-Nie mam i nigdy nie miałam. Proszę to zapamiętać i więcej tu nie wracać- chłodna elegancja, która do tej pory dodawała kobiecie klasy i powagi, nagle odebrała Agacie mowę. Nie wiedziała co powiedzieć, nie miała jednak najmniejszej ochoty wychodzić z biura nic nie załatwiwszy.
-Aleksandra Kiliańska! Proszę tylko o kilka odpowiedzi!
-Ona jest mi obca. Kompletnie obca- gdyby nie wiedza Agaty, chłodna obojętność przekonałaby ją do prawdziwości tych słów.
-Dlaczego pani…
-Bo tak jest- warknęła Kiliańska patrząc na dziennikarką z pasją- Ta kobieta tylko mignęła w moim życiu, nic do niego nie wniosła, jej obecność nic nie zmieniła! Więc o czym mam mówić? Wy, dziennikarze- mruknęła z pogardą- Naprawdę nie wiecie, co to znaczy, kiedy ktoś odmawia. Proszę natychmiast wyjść.
-Gdyby jednak…- chcąc zachować resztki pozorów godności, Agata dyskretnie położyła wizytówkę na brzegu biurka pani prezes i widząc jej minę skinęła głową i opuściła jej gabinet.
Powoli zaczynało się ściemniać. Ulice nie wydawały jej się już tak barwne i optymistyczne, jak poprzednio. Chciała jak najszybciej znaleźć się w swoim mieszkaniu, wziąć kąpiel i przeryć Internet szukając jakichkolwiek wzmianek na temat wyjątkowego nastawienia Igi Kiliańskiej do matki. W ledwo złapanym tramwaju jej humor jeszcze się pogorszył-ludzie czytający gazetę, w której pracowała, tylko przypominali jej o nieubłaganie zbliżającym się terminie oddania artykułu i niemal kompletnym braku postępów. Do swojego bloku weszła naburmuszona i zła, do tego cała mokra- kilkaset metrów od domu z ołowianego nieba spadł intensywny, siekący deszcz. Wlokła się powoli po schodach, zastanawiając się co ją jeszcze spotka.
-„A ja czekam i czekam i czekam…”- Agata stanęła jak wryta. O jej drzwi opierał się siedzący na ziemi mężczyzna. Wystukiwał butem rytm nuconej melodii, potrząsał trzymaną w ręku butelką wina. Wilgotne włosy przytrzymywały mu okulary słoneczne, kilkudniowy zarost skrywał uśmiech.
-Mikołaj, co ty tu robisz?- spojrzała na niego bezradnie.
-…”ciszę wplatam we włosy…”
-Długo tak siedzisz?- zaczęła przetrząsać torebkę w poszukiwaniu kluczy do mieszkania
-„i na palce nawlekam”- kontynuował wesoło chłopak. W końcu wstał i otrzepał spodnie.
-Masz szczęście Mała, jeszcze chwilę i bym się stąd zniósł- przeciągnął się. Weszli do mieszkania- Zaczęłaś palić?- uniósł pytająco brew widząc pełną popielniczkę.
-Nie, miałam gościa- mruknęła lakonicznie Agata, w locie zdejmując buty i płaszczyk. Była wściekła. Obecność chłopaka krzyżowała wszystkie jej plany spędzenia wieczoru, odwlekała też wizję rozpoczęcia pisania.
-Mam się czuć zazdrosny?- uśmiechnął się rezolutnie i położył się na dywanie w salonie.
-Chcesz coś do picia?- w drzwiach pojawiła się jej głowa, wreszcie uśmiechnięta. Zawsze tak robił. Ignorując kanapy i krzesła kładł się na podłodze, krzyżując nogi, zakładając ręce pod głowę.
-Nie- zerwał się niespodziewanie- Chcę, żebyś przyszła tu do mnie i chwilę ze mną pobyła- podbiegł do niej i objął ją w pasie. Zaśmiała się cicho- Nie za bardzo wychodzi ci rola wzorowej gospodyni- szepnął jej do ucha, jednocześnie całując jej szyję. Agatę przeszedł dreszcz. Złość powoli mijała, topiąc się w ramionach Mikołaja- Tęskniłem…- wyznał w końcu. Stali splecieni dłuższą chwilę, nie potrafiąc oderwać się od swoich ust-Będziemy tak stać, czy może…- rzucił jej rozmarzone spojrzenie. Momentalnie wyplątała się z jego objęć.
-Mikołaj…
-Co znowu?- burknął niezadowolony. Machinalnie wyjął z kieszeni paczkę papierosów.
-Ile razy mam Cię prosić…
-Przestań zrzędzić, on może a ja nie?- powiedział obrażony ostentacyjnie strzepując popiół do pełnej popielniczki.
-Jesteś nieznośny- syknęła i wyszła z salonu. Oparła się o parapet okna w kuchni, patrząc na szalejącą na zewnątrz burzę. Już po chwili usłyszała kroki w korytarzu.
-Powiesz mi chociaż co się z tobą dzieje?- słyszała gorycz w jego głosie-Nie dzwonisz, nie było cię od dawna na mieście, nikt nic o tobie nie wie.
-Bo nic się nie dzieje- zbyła go.
-No tak, ludzie ot po prostu rezygnują z przyjaciół i znajomych, faktycznie- bąknął sarkastycznie.
-Co Cię do cholery ugryzło?- spojrzała na niego ze złością- Ja pracuję, rozumiesz? Nie każdy ma dzianych rodziców i udziały w co drugiej firmie- wypaliła zanim zdążyła ugryźć się w język. Twarz Mikołaja stężała. Ostatni raz głęboko zaciągnął się papierosem i wydmuchując jej dym w twarz i swym starym sposobem zgasił go o podeszwę. Wściekły, ruszył w kierunku wyjścia- Poczekaj!- zrezygnowana i zła na siebie za swój brak taktu pobiegła za nim- Przepraszam.
-Daj mi spokój- odepchnął jej wyciągniętą rękę- Wkurza mnie, że zawsze jak masz zły humor, wszystko sprowadzasz do moich rodziców.
-Nieprawda…- próbowała się bronić.
-Nie wiem czemu tak Ci to przeszkadza, ale w każdym razie- zrobił efektowną pauzę- Nie zmienię tego, nawet nie chcę.
-Przecież wiesz, że wcale mi to nie przeszkadza. Miałam dość ciężki dzień…
-Jak każdy- mruknął sucho.
-Ej, chodź tu- mimo początkowych protestów, objęła go i pocałowała. Włożyła dłoń pod jego koszulkę. Doskonale wyczuwała gęsią skórkę, pojawiającą się pod wpływem jej dotyku. Wciąż nie odrywała ust od jego warg, jednak nagle, ku jej zaskoczeniu, delikatnie ją od siebie odepchnął i oparł o ścianę.
-Zadzwoń, jak będziesz w lepszym nastroju- wydyszał patrząc na nią spode łba- Teraz, to by była litość- nie czekając na jej reakcję wyszedł z mieszkania, cicho zamykając za sobą drzwi. Agata z całej siły uderzyła ręką w ścianę. Podbiegła do okna, zobaczyła jeszcze jak odchodził, trzymając ręce w kieszeniach. Na kuchennym stole wciąż stała przyniesiona przez Mikołaja butelka wina. Zrezygnowana otworzyła je i napiła się prosto z butelki.
-Pieprzone chardonney- mruknęła i pociągnęła kolejny łyk, będący dopiero jednym z wielu prowadzących do dna.
__________________
Limo.