Pod kamienicą, przed którą stała, jakaś babinka sprzedawała rzodkiewki. Kilka pęczków świeciło jak rubiny na tle szarego budynku, brudnego chodnika i zaniedbanego trawnika. Agata wahała się. Stąpała z nogi na nogę. Zastanawiała się, czy podobnie jak dyrektor podstawówki zorientuje się, że wcale nie zbiera materiałów do artykułu.
-Rzodkieweczkę?- zagadnęła ją babcia.
-Nie, nie, ja…- podeszła do drzwi i zerknęła na domofon. Przeszedł ją dreszcz, bo nie zauważyła na liście mieszkańców nazwiska, którego szukała.
-Pani może szuka Pani Aldonki?- ponownie odezwała się pani od rzodkiewek. Agata odwróciła się jak rażona prądem.
-Skąd pani…
-A bo ja panią Aldonkę trochę znam, codziennie ją przecież widzę- zaśmiała się i spuściła wzrok- Może jednak… rzodkieweczkę?
-Tak, tak oczywiście…- od razu zorientowała się, że dopóki czegoś nie kupi nie usłyszy od babci ani słowa- Pęczek…
-Pęczek?- spojrzała na nią rozczarowana.
-Nie, faktycznie, niech Pani da dwa- uśmiechnęła się uspakajająco- Albo ten też ładnie wygląda, to może Pani trzeci dorzucić- spojrzała na nią wyczekująco.
-Dziewięć złotych.
-Ile?
-Z własne ogródka rwane, pani kochana, jeszcze mam ziemię za paznokciami…
-Dobrze, dobrze, reszty nie trzeba- wcisnęła jej banknot do ręki i odebrała woreczek z rzodkiewkami.
-Ach tak, tak- kiwnęła głową kobieta, widząc że Agata nie odchodzi i uparcie się w nią wpatruje- Pani Aldonka jest w domu, jakąś godzinkę temu wróciła. Prosiła, żeby pani przekazać, że mieszka pod numerem szóstym, bo pani pewnie szuka jej pod nazwiskiem panieńskim.
-Jakim cudem wiedziała że przyjdę? Skąd Pani wiedziała…?
-Parę dni temu, zdenerwowana strasznie machała mi przed twarzą jakąś gazetą…- zmarszczyła czoło- Potem, już następnego dnia, mówiła że może pojawić się taka blondynka i będzie jej szukać, i że mam jej powiedzieć co i jak… To mówię. Ja panią Aldonkę bardzo lubię.
-Pod szóstym?- ruszyła w stronę drzwi. Nacisnęła wyślizgany guziczek i praktycznie w tym samym momencie usłyszała brzęk i drzwi ustąpiły. Nie wiedziała jakim cudem, ale z całą pewnością pani Dereń oczekiwała jej wizyty. Szła powoli po drewnianych, miękkich schodach, przesuwając dłonią po wyślizganej poręczy. Bała się jak nigdy dotąd przy pracy nad tekstem. Złocista szóstka odbijała się w jej oczach, kiedy naciskała czerwony guzik dzwonka. Tym razem musiała czekać.
-Ach, to pani… Czy widziała pani może, czy nie ma czegoś w skrzynce?
-Nie zwróciłam uwagi…- powiedziała zupełnie szczerze Agata.
-Tak myślałam. Nie mówili pani, że dziennikarz, zwraca uwagę na wszystko?- spojrzała na nią przeciągle. Odsunęła się, robiąc jej miejsce w drzwiach. Ola weszła, odurzona przez duszny i słodkawy zapach kwiatów. Dopiero kiedy usiadła przy fikuśnym stoliczku nakrytym dzierganą serwetą, przemogła się i bezczelnie wlepiła wzrok w siedzącą naprzeciw niej kobietę, łaknąc każdy szczegół jej osoby. Burza drobnych loków, która zapewne tworzyłaby istną aureolę, była spięta niemal na czubku głowy żółtą chustą, uzupełniającą w jakiś bajkowy sposób letni szlafrok haftowany w żurawie, którym była finezyjnie opatulona. Na stopach miała zabawne, wełniane pantofelki, przywodzące na myśl buciki indyjskich księżniczek. Jej twarz była zmęczona, nieumalowana. Odbijając refleksy złocistych kolczyków, błyszczały w niej brązowe oczy, czujne i niespokojne. Choć wyglądała na opanowaną, Agata wyczuła, że kobieta potrafi być impulsywna i skłonna do ryzyka. Jej mieszkanie było pełne słońca i kolorów. Meble z różnych epok, krajów i kolekcji przepychały się jeden obok drugiego, dźwigając ciężar książek, ramek ze zdjęciami, lampek, świeczek, pamiątek, tysiąca bzdur, bez których można sobie dać doskonale radę, a jednak są w jakiś sposób niezbędne. W kącie pokoju leżało posłanie dla psa, wymoszczone zielonym kocykiem w kości. Samego psa nie było jednak widać- tylko na szerokim parapecie, obok miedzianego dzbanuszka wygrzewał się wielki, biały kot, a w złocistej klatce, ocienianej przez pnące się rośliny, na małej żerdzi siedziały dwa kanarki, od czasu do czasu pomrukując melodyjnie.
-Pięknie pachnie- powiedziała Agata, pochylając się nad wysoką szklanką, pełną radośnie seledynowego napoju.
-To tradycyjny napój z Maroka. Marokański napój życia- uśmiechnęła się- To praktycznie sama zielona herbata z miętą i kilkom przyprawami, ale… Ma to coś.
-Nieprawdopodobnie smakuje.
-Marokańczycy mówią, że należy wypić przynajmniej trzy szklaneczki: za zdrowie, za miłość i za śmierć.
-Więc za co pijemy?
-Za moje zdrowie, którego zaczyna mi brakować, pani miłość i śmierć.
-Na zdrowie- przechyliła szklankę, czując jak kostki lodu obijają się o jej zęby, a przeciskający się między nimi płyn zalewa jej usta falą orzeźwienia.
-Właściwie- usiadła wygodniej, na perkalowym fotelu, którego brzeg spowijała wielobarwna chusta z afrykańskim motywem. Aldona wzięła do ręki wymiętą gazetę- Właściwie, to za to powinnam podać Cię do sądu.
-Mnie?
-Wyliczyć pani nieścisłości?- spojrzała na artykuł, później na wystraszoną Agatę- Kilka wersów jest żywcem skopiowanych….
-Nie kopiowałam nic! Sama to…
-Sama?
-No… nie do końca, ale na pewno…
-Kto Ci to dyktował? Sypał tymi złotymi myślami? Kto chciał zrobić Oli taką lau… Jak mogłam się nie domyślić- przez jej twarz przemknął cień zrozumienia- Jak go znalazłaś?
-Kogo?- spytała płaczliwie.
-Janka! Skąd się u Ciebie, do cholery wziął ten stary… Nieprawdopodobne!- kiwała głową.
-Po prostu… przyszedł- wzruszyła ramionami mgliście przypominając sobie jego pełne politowania spojrzenie- Kiedy dowiedziałam się, że mam pisać artykuł o Kiliańskiej, zaczęłam pytać, szukać…
-Nic nie wiedziałam- powiedziała sucho.
-Ja… Ja też cudem się o pani dowiedziałam.
-Co, Janek nie mówi o mnie za dużo?- uśmiechnęła się złośliwie.
-Raczej… nie.
-Zawsze mu psułam jego wizję- przechyliła się w fotelu- On się momentalnie zadurzył w Oli, ja to wiedziałam, zanim go poznałam. Był mały przecież, całkiem w porządku, z tego co pamiętam, ale od zawsze marzył, że Ola będzie jego żoną, on będzie chodził do pracy… Nie znosił jej aktorstwa, tych wszystkich facetów, którzy mogli ją bezkarnie dotykać, tych bankietów, na których działy się cuda. Dla niego, chłopca z PRLu było tam zbyt jasno i kolorowo.
-Wspomniał o pani właściwie raz….- zarumieniła się- Powiedział wtedy, że jedyną osobą, o którą mógłby być zazdrosny, była właśnie Pani.
-Mógłby?- wytrzeszczyła oczy- Przecież on był wściekle zazdrosny o wszystkich, zwłaszcza kiedy Ola kursowała pomiędzy Warszawą a Łodzią. O mnie był zawsze zazdrosny, ale potem jeszcze doszedł Krzysiu, chłopaki z Łodzi, Niagara, w końcu Gaweł. Nie zdziwię się, jeśli był zazdrosny nawet o Igę.
-Igę?
-Nie dotarła pani do jej córki?
-Dotarłam, ale…
-Tak sądziłam, nie była zbyt rozmowna. Teoretycznie się jej nie dziwię- na chwilę ukryła twarz w dłoniach, po czym wstała i uchyliła drzwiczki w klatce. Mandarynkowy kanarek przeskoczył na jej dłoń i zamarł w bezruchu.
-Strasznie się… uniosła, kiedy tylko wspomniałam o jej matce.
-Ma do niej przeogromny żal, bo Ola… Wyjaśnijmy sobie coś, dobrze?- spojrzała na nią ostro- Kochałam Olkę, praktycznie była moją siostrą, ale nie wszystko co robiła mi się podobało. Zwłaszcza to, jaką była dla Igi matką. A właściwie, że nią nie była. Potrafię zrozumieć, że miała pracę, że chciała żyć, iść dalej, piąć się wyżej, ale… nie była już sama. Kiedy ją o to pytałam, mówiła tylko, że za bardzo przypomina Gawła.
-I tylko to?- wyrwało się Agacie. Oczy jej rozmówczyni zapłonęły.
-Tylko? Tylko? Wiesz, kim był Gaweł Tokarski? Za wcześnie umarł, żebyś wiedziała, za wcześnie- spojrzała na Agatę z ironią- Gaweł, był… Oni z Olą byli dla siebie stworzeni, idealni, wielcy. Pełni ideałów, gotowi walczyć o to co było dla nich ważne. Kiedy pojawiali się razem, nie było wątpliwości, że coś się stanie, że nie będzie nudno, przecież… w latach siedemdziesiątych byli chyba najbardziej rozpoznawalną parą w tym kraju, a w Europie też zaczynało być o nich głośno. Patrioci. Łazili na strajki, manifestacje… Byli jedynymi osobami z życia publicznego, które pojechały w grudniu do Gdańska. Co się oczywiście później zemściło, ale… kto wtedy o tym myślał?- zamyśliła się, a Agata instynktownie wyczuła, że nie należało się teraz odzywać- Nie wiem… nie wiem, naprawdę nie wiem czemu, ten ogień powoli znikał. Potem Ola zaszła w ciążę i naturalnie nie mogła zachowywać się jak wcześniej. A we wrześniu… Co ta dziewczyna przeżyła. Nie mieszkali wtedy w Warszawie, właściwie, to na dobrą sprawę nie mieli mieszkania na stałe w Polsce. Wynajmowali coś tu, w Krakowie, sypiali u przyjaciół w całym kraju, a najczęściej w ogólne ich tu nie było. Gaweł kręcił po całej Polsce, dopóki Holoubek nie zaproponował mu roli w „Karykaturach”. Nie wahał się, kochał Teatr Dramatyczny i zwolnił. Upierał się, żeby zamieszkać w Warszawie ale Olka nie chciała o tym słyszeć… Więc dojeżdżał do Warszawy. Praktycznie codziennie, czasem nocował, ale wolał wracać, bo się o nią bał. Pamiętam- usiadła na brzegu fotelu i zaśmiała się cicho- Siedział dokładnie tu, gdzie ty, tylko na innym krześle… Był lekko wstawiony, ale mówił z taką… jasnością. To był silny facet, dopiero wtedy uświadomił mi jak bardzo się bał. Nie wiedział czy poradzi sobie jako ojciec. Nadal nikt nie wie- szepnęła i pociągnęła nosem- Ale był gotowy poświęcić wszystko co robił, teatr, kino a pewnie i opozycję, byleby zapewnić Oli i dziecku spokojne i bezpieczne życie. Przespał się wsiadł w pociąg… Potem w drugi… i… koniec- mówiła coraz ciszej, a wspomnienia minionych lat niemal odbijały się w jej oczach- A rano zadzwonił do mnie Janek. Po raz pierwszy od paru miesięcy. Powiedział, że gdzieś pod Chorzewem w pociąg Gawła wjechał towarowy. I że chociaż nie wiadomo ile osób zginęło, Gaweł na pewno nie przeżył.
-Jak tak szybko…
-Szwagier kogoś z podziemia był zawiadowcą na tej stacji, więc praktycznie o pomyłce nie mogło być mowy. Myślałam, że zwariuję- objęła rękami twarz- Nie potrafiłam sobie wyobrazić, jakim cudem w jednej chwili ktoś trzyma Cię za rękę i mówi, a w drugiej… już go nie ma. Nie można z nim porozmawiać, potańczyć, no nic. Nie ma.
-A Aleksandra?
-Ola po prostu się zapadła- przymknęła oczy- Siedziała… Miała zamknięte oczy, powieki zaczynały jej puchnąć, a łzy leciały jak te strumyczki, bez przerwy. Zaciskała pięści, mruczała coś pod nosem, nie chciała jeść ani pić, nie rozmawiała. Wieczorem zerwała się i powiedziała, że musi gdzieś iść, że wie co robi, i że nikt ma jej nie odprowadzać. A rano zadzwoniła Niagara, że Ola jest przesłuchiwana.
-Tak po prostu?
-Takie czasy….- westchnęła- Wymyślili jakiś bzdurny pretekst, że muszą ją zapytać czy nie potrzebuje czegoś, w związku ze śmiercią Gawła… Potem to już tylko szły telefony, Niagara rwała włosy z głowy, dostawała obłędu na myśl, że Oli może się coś stać. Dopiero Łomnickiemu udało się ją stamtąd wyciągnąć. Nawet sobie nie wyobrażasz… Jak źle może wyglądać kobieta w ciąży. Cała w ranach i sińcach, z rozciętą wargą i brwią. Wciąż płacząca. Powtarzała, że nie zasługiwała na Gawła. Nie umiała przestać.
-A pani?- wychrypiała Agata.
-Ja?
-Jak Pani… w tym wszystkim.
-Choć nadal kochałam ją nad życie, moje relacje z Olą znacznie się pogorszyły. Wciąż pamiętałam co mówił Gaweł… Poza tym, potem urodziła się Iga, ja widziałam jak Ola ją traktuje… Potem poznałam mojego pierwszego męża, pracownika ambasady, dzięki któremu pokochałam podróże. Coraz częściej mnie tu nie było. Nie byłam już na każde skinienie- dodała gorzko.
-Pani czuła się przez nią wykorzystywana?
-Nonsens!- oburzyła się i wykrzywiła usta- Wszystko ma swoje wady i zalety.
-Nie chciała Pani być jak ona?- zaryzykowała, zagryzając wargi. Dereń zerwała się i oparła ręką o brzeg stołu.
-Nie! Nie!- krzyknęła- Nie chciałam być jak Ola. Zresztą… Zapamiętaj sobie jedno, to była bardzo niebezpieczna kobieta.
-Do tej pory słyszałam, że była wyjątkowa…
-To się nie wyklucza- uśmiechnęła się ironicznie- Umiała sobie mnie owinąć wokół palca, ani się nie obejrzałam a straciłam tydzień, miesiąc, dwa, jeżdżąc za nią, chodząc na próby, chodząc na wiece, biorąc udział w jakiś paranoicznych protestach. Nie robiła tego złośliwie, po prostu wypełniała całą przestrzeń, w jakiej się znalazła. Oszalał dla niej Janek, oszalał dla niej Gaweł, tylko ona nie potrafiła dla nikogo oszaleć.
-Pani zdaniem, nie kochała Tokarskiego?- Agata była coraz bardziej przerażona tym, co słyszała. Zbzikowana na punkcie bibelotów i podróży starsza pani okazywała się nagle tykająca bombą zegarową, duszoną przez wiele lat skrywane żale.
-Milcz!- krzyknęła- Jak można tak osądzać ludzi nie mając o nich pojęcia! Nie znałaś ich, a posądzasz o to, że byliby w stanie przeżyć tyle lat bez miłości, obok siebie!
-Sama pani mówiła, że ogień…- próbowała się bronić.
-Zawsze tak jest, że najpierw nie mogą jeść, spać, oddychać, potem wchodzi rutyna i wszystko się stabilizuje. Ale o tym też nie masz pojęcia!- jadowity uśmiech wykrzywił jej twarz- Dla Ciebie miłość to telenowele i tanie romansidła…
-Teraz pani mnie ocenia!- odezwała się agresywnie Agata.
-Oceniam? Mówię co widzę- lód w jej głosie paraliżował Agatę, zaskoczoną obrotem spraw- Czeka na Ciebie ktoś, kiedy wracasz do domu? Masz dla kogo robić zakupy, przymierzać sukienki, szukać prezentu na Gwiazdkę?
-Mam!
-To gdzie on teraz jest? Co robi? Jak się czuje?
-Ja…- Agata była osaczona, nie miała jak się bronić, bo słowa Aldony Dereń nagle nabrały sensu, jakby życiorys Starskiej był jej znany od dawna. Mówiła prawdę, wytykała jej wszystko, co mogło zaboleć.
-Nie wiesz! Zapomniałaś zapytać! Wyjechałaś z miasta na kilka dni i nawet mu nie powiedziałaś?
-Nie spowiadam mu się…
-Co za lanie wody! Nawet o tym nie pomyślałaś!- wrzasnęła- Nie dociera do Ciebie? Zaniedbujesz nie tylko siebie, ale ludzi wokół…!
-Skąd pani wie, co ja robię?
-Bo mnie Ola zrobiła to samo!- odwróciła się nagle i mówiła patrząc na ścianę- Była tak przytłaczająca, pociągająca, barwna… Wszystko, byle być koło niej, by się z nią bawić, pomagać, by liczyć na jej pomoc. Twoje życie też zdominowała, nie widzisz tego?
-Nie!- teraz Agata bała się już naprawdę.
-Kiedy byłaś u rodziców? Znajomych, w kinie, teatrze? Kiedy całowałaś się z tym chłopcem? Żyjesz tylko Aleksandrą, ryjesz w jej życiorysie, przeszukujesz taśmy i archiwa, chcesz słuchać o jej pasjach, o jej wadach i ulubionej muzyce! Nawet teraz, tyle lat po śmierci…
-To nie… To moje życie, ja decyduję co robię, gdzie i z kim!
-Mój Boże…- westchnęła smutno- Jakbym słyszała siebie…- ostatniego słowa Agata już nie usłyszała. Chwytając torebkę wybiegła z mieszkania na szarą ulicę. Miała rozbiegane oczy, pełne łez. Była sama w tym wielkim mieście, czuła jak mgiełka wspomnień, blasku świetności, która do tej pory ją uskrzydlała, zaczyna ją dusić, budzić strach. Nie wiedziała gdzie iść, by nie natrafić na ślad Kiliańskiej. Obezwładniające poczucie zagubienia odebrało jej czucie w nogach. Oparła się o szorstką ścianę kamienicy i drżącymi rękami wybrała numer. Sygnały biły ją po uszach, nie pozwalając się uspokoić.
-Taak?- Mikołaj jak zawsze przeciągnął samogłoskę.
-Mikołaj, Mikołaj…- szeptała do słuchawki, krztusząc się łzami. Oddałaby wszystko, żeby mieć go obok siebie chociaż na chwilę, żeby ją, objął, skrzyczał, cokolwiek… I wtedy zrozumiała, że tak jak ponad trzydzieści lat wcześniej Kiliańska powtarzała imię zmarłego ukochanego, tak teraz ona, nie była w stanie powiedzieć niczego więcej. Przerażenie ścisnęło jej gardło, uświadomiła sobie, że Dereń miała rację, że….
-Agata?- Mikołaj swoim ciepłym głosem przywrócił ją do świata- Agata, co się dzieje?
-Przepraszam, tak strasznie Cię przepraszam!
-Mała, gdzie jesteś?
-Przepraszam… Jestem sama, tak kompletnie sama!... Ja się chyba… pogubiłam.
-Gdzie jesteś?- pytał coraz ostrzej- Daj mi pięć minut i zaraz będę!
-W Krakowie.
-Co? I nic mi nie powiedziałaś?
-Jestem głupia!...
-Ktoś Ci coś zrobił? Do jasnej cholery, Agata, powiedz coś?
-Po prostu… Po prostu tak strasznie za Tobą tęsknię, Mikołaj!
-Spokojnie, no już- powiedział ciepło- Jutro będę w Krakowie, obiecuję.
-Kocham Cię Mikołaj….- w końcu to powiedziała. Sama z siebie. Wtedy przypomniała sobie, jak zginął Gaweł Tokarski i tak bardzo wystraszyła się analogi…- A jeśli… coś się stanie?
-Maleństwo moje, co miałoby się stać? Jutro, z samego rana będę w Krakowie, gdziekolwiek będziesz chciała, wszędzie Cię znajdę.
-Mikołaj…
-No już. Idź się połóż, rano będzie lepiej. I zjedz coś, dobra?
-Mhm…
-Serio mówię, masz coś zjeść. A jutro… Jutro o dziesiątej na Małym Rynku.
-Wszędzie. Kocham Cię.
-Teraz, już wiem.
-Żyć się odechciewa- mruknął pod nosem Sarba, przekreślając na czerwono kolejne błędy na kartkówkach swoich uczniów. Siedział wyprostowany jak struna, przy dużym dębowym biurku, oświetlonym ostrym światłem kreślarskiej lampy. Mógłby już być na emeryturze, siedzieć w domu i gapić się na kwiatki w doniczkach. Mógłby być daleko od szkoły, od bezmyślnych dzieciaków i zapatrzonych w nie rodziców. Ale bardziej od motłochu szkoły przerażała go myśl o bezgranicznej nudzie i bezczynności na jaką by się zdał. Mechanicznie skreślał błędne wyniki, które mnożyły się w pracach uczniów. Ostry dzwonek do drzwi wyrwał go z rytmu pracy. Wstał, przeciągnął się i otworzył drzwi.
-Ty ją na mnie napuściłeś?
-Iga… Co Ty tu robisz?- patrzył na stojącą w drzwiach blondynkę. Była wściekła. W ręku ściskała numer gazety sprzed kilku dni.
-Nie udawaj!- warknęła. Była ubrana zgodnie z najnowszymi trendami, powiewające lekko w przeciągu korytarza włosy, próbowały zdyscyplinować rogowe okulary przeciwsłoneczne.
-Może innym tonem…
-Nie mam pięciu lat, więc nie stosuj takich zagrywek.
-Wejdziesz?
-Po prostu odpowiedz!
-Nikogo na Ciebie nie napuszczałem.
-Ale powiedziałeś jej gdzie mnie szukać?
-Iga, daj spokój, Starska to mądra dziewczyna i znalezienie Cię nie nastręczyło jej wielu problemów. Wchodzisz czy nie?- mruknął, gdy okno w kuchni trzasnęło prowadzone siłą przeciągu. Iga Kiliańska wywróciła oczami i weszła do uporządkowanego mieszkania Sarby.
-Wiele się tu nie zmieniło- rzuciła mimochodem, czując jak głęboko schowane wspomnienia z dzieciństwa odżywają na widok wnętrza. Medal za udział w maratonie, którym kiedyś, jakoś niepoprawnie dawno temu puszczała zajączki… Wyblakłe akwarele, które niegdyś drażniły dziecięce oczy są barwnością… Maszyna do pisania z kulawym „k” i „a”, na której łamała sobie paluszki, teraz stała zapomniana na meblościance.
-Napijesz się… czegoś?- uniósł brew widząc jak uważnie przygląda się jego mieszkaniu.
-Nie, ja na moment- wróciła do rzeczywistości.
-Właściwie, to o co chodzi?
-Litości, kim jest ta cała Starska, której wyprałeś mózg?
-Co zrobiłem?- wybałuszył oczy.
-„ Wychowana w powojennej Warszawie, szybko zrezygnowała z marzeń o medycynie, które zamieniła na sen o estradzie”... Naprawdę, mogłeś postarać się bardziej- bąknęła ironicznie.
-Myślisz, że ja to pisałem?- zaśmiał się teatralnie.
-Nie, myślę, że podpuściłeś tą biedną dziewczynę, żeby wyprodukowała taką laurkę…
-Po co?
-Nie wiem, ale jestem pewna, że sobie coś uroiłeś… Błagam Cię tylko o jedno- spojrzała mu w oczy. Oczy człowieka, do którego niegdyś, jak zagubiony bagaż była oddawana na przechowanie- Nie mieszaj mnie w to. Nie rób retrospekcji mojego dzieciństwa, a przede wszystkim nie rób z niej idealnej matki. Nie chcę mieć nic wspólnego, z niczym, co jej dotyczy.
-Jakiej: „jej”?- żachnął się Sarba- Mówisz o swojej matce!
-Matce, dobre sobie. Chyba już ustaliliśmy, jaką była matką prawda?- warknęła i zacisnęła usta- Po prostu… To że Ty uważasz ją za ideał, nie znaczy, że nim była.
-A skąd niby wiesz, że nie?
-To że nie wiem, tłumaczy chyba wszystko?- spytała kąśliwie- A co do dziewczyny…
-Jest dziennikarką, nie zabronisz jej…
-Ja jej nie zabronię, a ty jej nie zmusisz- wrzuciła gazetę do stojącego w rogu przedpokoju kosza na śmieci- Jeszcze jeden taki artykuł, a nie zatrudnią jej nawet do pisania nekrologów. Moja matka zrujnowała kilku ludzi, bądź łaskaw nie kontynuować tej chlubnej tradycji…
-Kogo niby zrujnowała? Nawet nie próbujesz nas zrozumieć?
-Po co? Żyjesz wspomnieniami. Ja chcę należeć do prawdziwego świata. Ta dziewczyna też ma do tego prawo. Więc nie traktuj jej jak maszyny do pisania i daj pracować.
-Co Cię ugryzło, Iga?
-Po co rozgrzebywać stare sprawy?
-Skoro Ty nie chciałaś tego robić, to może…
-Po co obcy ludzie, mają się pławić w historii mojej rodziny? Po co mi to? Nie chcę być kojarzona z żadnymi skandalami, wypadkami, aferami.
-Twój ojciec…
-O nie!- po raz pierwszy podniosła głos- Jego w to nie mieszaj!
-Nigdy Cię nie zrozumiem!- uderzył się w czoło- Nawet go nie znałaś, a zawsze go bronisz!
-Bo jego nie mogłam poznać. Moja matka miała wybór i wolała o mnie zapomnieć. Zawsze to milej myśleć, że ojciec by się mną interesował…- mruknęła do siebie.
-Bardzo Cię kochała…
-Bredzisz- uśmiechnęła się i ruszyła do drzwi- Nigdy nie przestaniesz jej usprawiedliwiać. A to ze mnie się w przedszkolu śmiali, bo nie znałam nawet koloru oczu własnej matki!
_________________________________________________________________________________
Limo.
Zanim udało jej się dotrzeć do Aldony Dereń, minęły prawie dwa miesiące od jej pierwszej rozmowy z Sarbą. Ale liczyła trochę mniej, bo o tajemniczej krakowskiej kuzynce Kiliańskiej, wspomniał dopiero przy trzecim spotkaniu. Już wtedy w jej głowie zapaliła się czerwona lampka, która została momentalnie przygaszona aferą związaną z córką aktorki, problemami z artykułem, Mikołajem i nieszczęsnym pomysłem Sarby na napisanie biografii. Wkrótce jednak sytuacja stała się tak beznadziejna, że Agata była w stanie zrobić wszystko, byle nie usiąść do pisania i nie musieć patrzeć z przerażeniem na wibrujący telefon. Skoncentrowała się więc na owej Aldonie, o której jej wylewny rozmówca nietypowo dla siebie milczał. Już samo to dało jej wiele do myślenia. Wiedziała, że to ona wprowadziła Kiliańską w świat Krakowa, więc właśnie tam chciała jej szukać. Agata nie śmiała nawet marzyć o otrzymaniu zgody na wyjazd służbowy do dawnej stolicy, planowała więc wydębić od szefostwa choćby trzy dni wolnego, które mogłaby poświęcić na buszowanie po Krakowie. Ku jej ogromnemu zdumieniu, zanim jeszcze zdążyła się odezwać, naczelny sam zaproponował jej kilka dni urlopu- w dodatku płatnego. Z redakcji wychodziła rozanielona, dobry nastrój opuścił ją jednak, gdy wychodząc z sekretariatu usłyszała urywek rozmowy, dochodzący z gabinetu szefa.
-… pracuje tu niecałe pół roku, jest świeżo po studiach, a Ty dajesz jej …
-Wiem co robię, ona potrzebuje chwili przerwy…
-Artykuł o aktorce nie przyjął się najlepiej…
-…właśnie dlatego. Ona ma potencjał, może wiele zdziałać.
-Tak, ale…
-A nie jest zbyt odporna. Więc jeśli teraz się zniechęci, to zagnie swoją karierę. Więc niech sobie gdzieś wyjedzie, posiedzi w domu, nie wiem, po prostu niech ochłonie.
-Jak długo to ma trwać?
-Obiecuję, że wezmę ją w obroty jak tylko wróci..
Poczuła się poniżona do tego stopnia, że odechciało jej się dalej słuchać.
A więc popełniła błąd słuchając Sarby.
Pamięciówka napisana ekspresowo pod dyktando przyjaciela Kiliańskiej nie wystarczyła by opisać choć ramowo życie aktorki. Co robiła przez tyle lat na uniwersytecie, żeby w ostatecznym rozrachunku nie potrafić podjąć nawet prostej decyzji? Stała na schodach, nie wiedząc kompletnie co zrobić dalej.
-Uwielbiałem „Rower”…- wzmianka o kuzynce z Krakowa dała jej impuls do działania. To właśnie Polański, kompletnie nieświadomie, nie wiedząc o jej istnieniu, pozwolił Agacie, po żmudnych poszukiwaniach, dotrzeć do Aldony. Na zarejestrowany z reżyserem wywiad trafiła niemal przypadkiem, kilka lat wcześniej, kiedy pisała pracę zaliczeniową poświęconą twórcom z wojenną biografią. Jednym z opisywanych przez nią reżyserów był naturalnie Polański, a prócz książek, korzystała również z zapisów rozmów- niemal niewyczerpanym ich źródłem, było archiwum Syreny, firmy dystrybucyjnej, w której pracował wtedy Mikołaj. Firma była przed inwentaryzacją i wszelkie materiały filmowe krótsze niż siedem minut i starsze niż pięć lat, szły na przemiał. W ostatniej chwili uratowali fragmenty wywiadów z reżyserem, które nie zostały umieszczone na płycie. Zakurzone kasety wideo leżały u niej pod półką z książkami, czekając na swój moment. Nadszedł właśnie teraz, kiedy wytropienie kuzynki Kiliańskiej graniczyło z cudem.
-Czy Gaweł Tokarski brał udział w powstaniu?
-On miał wtedy siedem lat! Jak mógł…
-Ja zadaję pytania, jasne?- mdłe, trupie światło metalowej lampy skierowanej wprost na jej twarz oślepiało ją, zmuszając do mrużenia oczu. Choć sprawiało jej to ból, wiedziała, że lepiej nie widzieć pomieszczenia w którym się znajdowała. Mogła jedynie przypuszczać jak wyglądało- pokój pomalowany był olejną szarą farbą, która niemiłosiernie się łuszczyła. Dół ścian pokrywały pełne zacieków szarawe kafelki z niezliczoną ilością rys i pęknięć. Biurko, na którym stała lampa było poobijane i pełne wgnieceń. W powietrzu unosił się wilgotny, duszący zapach groźby- Jasne?!
-Tak- szepnęła najciszej jak potrafiła. Łzy leciały ciurkiem z jej oczu, tworząc mętne zacieki z tuszu, który podarowała jej Niagara. Asekuracyjnie splotła ręce na brzuchu i łkała, podskakując nerwowo. Nie była zgarbiona i mimo wielkiego bólu jaki musiała odczuwać, jej łzy nie były żałosne- z całej jej postaci biła godność, w którą siedzący naprzeciw mężczyzna musiał ugodzić, by sprowokować ją do mówienia. Godność była tym, co utrudniało śledztwo, co zachowywało ludzi przy zdrowych zmysłach. Pozbawieni jej , stawali się podobni zwierzętom, bez zahamowań prowadzeni wolą przetrwania.
-Myślisz, że skoro się puszczałaś na zachodzie, to możesz tu więcej niż inni? Co? Myślisz tak?- uderzył pięścią w biurko, które zatrzeszczało złowróżbnie- No, dalej gadaj!
-Nie…
-Co tu mam…- przerzucał pofalowane od ciężkiego druku maszyny do pisania kartki- Pięknie, pięknie… konspiracja…, działalność opozycyjna…, wywóz akt na zachód…, spiskowanie…, współpraca z wrogami PRL… Ładnie sobie nazbierałaś, całkiem ładnie. Film, by można o tym nakręcić!
-Jakie… spiskowanie, jaka działalność…
-Jaka? Jeszcze się pytasz, łżesz w żywe oczy! A strajki? Kto tam łaził i machał zasranym transparentem? A kto dofinansowywał tych złodziei z wybrzeża? Kto? Kto mieszka, pracuje i daje się rżnąć jednemu z największych wrogów władzy ludowej?!
-Jak śmiesz…!- nie wytrzymała. Złośliwy uśmiech wykrzywił twarz przesłuchującego ją oficera, zanim z całej siły uderzył ją w twarz.
-Nie zapominaj do kogo mówisz, kapitalistyczna szmato- wycedził.
-Sam się zeszmaciłeś, marionetko sowietów!- plunęła pod jego nogi, zanim szarpnął ją za podbródek.
-Jeszcze kilka słów i zapracujesz na kilka dni więcej w tym naszym podziemnym królestwie. I bachor nie zobaczy słońca, zdechnie tu, nie dowiedziawszy się o ojcu kryminaliście i matce kurwie… - zaśmiał się lodowato, a Kiliańska momentalnie zbladła, obejmując rękami wystający brzuch- To nawet wygodne, ładnie to wymyśliłaś…
-Nie!- wyrwało jej się. Oficer bez pudła poznał, że ciąża aktorki jest najlepszym sposobem do zmuszenia jej do złożenia zeznań.
-Chcesz żeby ten bękart żył? Żeby sobie po pięknym kraju chodził?- spojrzał na nią i uniósł jej twarz, zmuszając by spojrzała mu w oczy. Zobaczyła dwie stalowe kule, wpatrujące się w nią z najczystszą nienawiścią, chorą radością, jaką sprawiało mu patrzenie na jej tragedię- Pytam się!...
-To nie jest bęka…- zaczęła, ale już w tej samej sekundzie zobaczyła drgnięcie jego ręki. Przez jej umysł przebiegła myśl, że tym razem może celować nie w jej twarz, ale bezpieczne schronienie maleńkiego dziecka- Chcę…! Chcę, chcę!- płakała, jęcząc bez opamiętania.
-Pytam po raz ostatni, czy Gaweł Tokarski brał udział w powstaniu warszawskim?!- ryknął.
-Nie!- podskoczyła przerażona, widząc jak ciężka, silna ręka oficera spada na blat biurka- Nie mógł, był za mały nawet do najmłodszego korpusu! Najzwyczajniej nie mógł!
-Ale chciał?
-Chciał, każdy chciał walczyć za ten kraj! Kraj który dzisiaj zabija własnych ludzi!
-Kraj który będzie karmił i wychowywał twoje dziecko! Gdzie był Gaweł Tokarski 17. grudnia 1970 roku?
-Nie, proszę…
-Gdzie był?!
-Nie wiem, nie wiem… - powtarzała histerycznie.
-Myślisz że nas oszukasz? Że partię, że komunizm tania dziwka z Hollywoodu wyprowadzi w pole? Może i dzisiaj stąd wyjdziesz, ale ja mogę zrobić wszystko, żeby życie twoje i tej pokraki którą urodzisz było piekłem na ziemi jasne? Więc gdzie był Gaweł Tokarski 17. grudnia 1970?!
-Co wam to da? Gaweł nie ży.. żyje!- wybuczała przez łzy- Nie żyje! Nie strzelicie mu w tył głowy! Nie wyrwiecie już żadnego sztandaru, nie rozstrzelacie na peronie, przy tramwaju! Nie podjedzie po niego czarna wołga! Nic wam po nim!
-Mylisz się. Gorzko się mylisz. Takiego ścierwa jest w tym kraju wiele, a twój Tokarski poprowadzi nas do nich jak nitka do kłębka… Rozumiesz? Dociera do twojego pustego łba?
-Nie wiem gdzie był w grudniu! Wiem gdzie był kilka dni temu, pierwszego września! Wiem gdzie nie dojechał… - zaniosła się płaczem, właściwie już wyła- Dlaczego teraz nie dacie mu spokoju? Mnie, naszemu dziecku! Zginął człowiek, dla którego żyłam, nie dociera do was, że nie dla każdego liczy się tylko polityka, tylko ten wasz zasrany PRL?
-Zasrany? Zasrany?- szarpnął ją za rękę, ściskając nadgarstek. Jego oczy płonęły furią- Ten kraj zginie jeśli nie będzie rządzony twardą ręką, ludzie są ociemniali i tępi jak szczeniaki, tylko potrafią powtarzać, Bóg, honor, ojczyzna! Bóg nie istnieje, na honor was nie stać a na ojczyznę plujecie! A nosy zadarte wysoko! Wiele by się chciało, byle nie robić nic!
-Nic? Ludzie harują od rana do wieczora, w tych przeklętych fabrykach, żeby zarabiać na wasze żółte firanki, żebyście mogli się prowadzić i jeździć na wczasy do Bułgarii! Nawet marzenia ludziom odbieracie, nawet nadzieję że będzie lepiej. A to nie godzi w wasza partię, w tą pieprzoną sektę!
-Sektę, ja ci kurwa dam sektę!- zamachnął się z całej siły. Kiliańska zsunęła się z kulawego krzesła z głośnym jękiem na podłogę. Asekurowała powolny upadek ręką, czując jak krew zalewa jej twarz- Nawet na tyle was nie stać, szpicle pierdolone, na kilka słów… Jemu, temu aktorzynie i tak nic po tym…
-Na taką ojczyznę… to ja faktycznie pluję- westchnęła i straciła przytomność.
-Guciu? Guciu, wiesz już?
-Na litość boską, wiesz która jest godzina?
-Ostatnia, żeby coś zrobić z Olką.
-Kiliańską? Co jej jest?
-Przesłuchują ją.
-Co?! Niagara, co Ty opowiadasz, przecież…
-Wiem, że jest w ciąży! Ale dla nich to nic nie zmienia.
-Długo tam jest?
-Ponoć od rana. Nie wiem co robić, skatują ją tam…
-Uspokój się, nic na nią nie mają.
-Guciu, sam siebie nie słyszysz! Oboje dobrze wiemy, że od dawna obserwowali i Gawła i Olkę… Wyciągną mu Gdańsk… Potem te jej wyjazdy… Wymyśl coś!
-Poczekaj, daj mi pomyśleć…
-…a wiesz jaka ona jest! Nie ugryzie się w język, będzie odszczekiwać tym sadystom…
-Nie przesadzaj, pomyśli rozsądnie o dziecku i będzie siedzieć cicho.
-…i za to może oberwać.
-Niagara! Skąd ty w ogóle dzwonisz?
-Jestem u Stasia na Żoliborzu. Siedzimy tu i… nie wiemy co robić. Do tego jeszcze Gaweł…
-Wyjaśniło się coś? Wiadomo jak to się stało?
-Wjechał w nich pociąg towarowy, liczą ile było ofiar, póki co dobili do pięciu, ale myślę, że będzie więcej. Ponoć Gaweł jest jedynym pasażerem tego osobowego, który zginął.
-Za dużo tego, nie mogę myśleć…
-Poza tym, może być problem z… ciałem.
-Matko święta, Niagara, o czym Ty mówisz?
-Gustaw, zastanów się! Dla nich Gaweł był szpiegiem! Nie będą chcieli dać mu odejść w spokoju.
-To przechodzi ludzkie pojęcie.
-Nie musisz mi tego mówić, ale Olka… Ola nie powinna o tym wiedzieć.
-Robimy tak. Zajmij się Gawłem i pogrzebem i tym wszystkim… Ja wyciągnę z tego Aleksandrę.
-Jak?
-Daj mi działać. Przede wszystkim, trzeba zadzwonić do Tadeusza.
Korytarz był oszałamiająco pusty. Jasne ściany były poobwieszane gablotkami pełnymi rysunków i dyplomów, zdjęć z zapomnianych wycieczek. Ruch obrazów zbyt żywo kontrastował z ciszą w rzeczywistości. Jak plac zabaw kilka chwil po dziewiętnastej, kiedy dzieci zaciągnięte przez rodziców na wieczorynkę siedziały już w domach, a huśtawkami poruszał już tylko coraz silniejszy wieczorny wiatr.
Szła dalej, już z daleka widząc prostokąt drzwi gabinetu dyrektora. Powietrze wypełniał słodkawy zapach stołówki, zwietrzałej surówki, gotowanych ziemniaków. Pachniało trochę gumą do żucia i trampkami za dychę. Zapukała. Nacisnęła klamkę i weszła.
-Pani…?- wytrącony z letargu mężczyzna uniósł zaskoczony głowę.
-Agata Starska, ja…
-Ach, pani z gazety, oczywiście- zaczął nerwowo grzebać w papierach- Proszę, proszę usiąść- uśmiechną się szybko i wskazał fotel naprzeciw siebie- A więc szuka pani Aldony Dereń.
-Tak, piszę artykuł o aktorce, Aleksandrze Kiliańskiej…- atrapa redakcyjnej pracy była zbyt wygodna, by tak łatwo z niej rezygnować. Choć w Krakowie była prywatnie, a jej przygoda z artykułem skończyła się już dawno, przyzwyczaiła się do rozpoczynania rozmów w trybie dziennikarskim. Dodawało jej to nie tylko pewności siebie, ale i profesjonalizmu- I nie ukrywam, że materiały które znalazłam w archiwach nie wystarczą mi. Dlatego…
-One były spokrewnione, czy tak?
-Były kuzynkami, w tej najbliższej linii, od strony matki.
-Cóż, ja spróbowałem się trochę przygotować, poszukałem…- rozejrzał się z bezradnością, po czym pewnie wyłowił spod sterty książek, gruby zielony dziennik- To dziennik, z bodajże szóstej klasy… Jedyny jaki przetrwał do dziś, reszta gdzieś przepadła. Kilka lat temu, zawieruszył się w torbie mojej poprzedniczki, która zaledwie przed rokiem znalazła go pod szafą w domu i przepraszając oddała. Złota kobieta, naprawdę. No, ale to taka… anegdotka- uśmiechnął się ciepło, a kąciki oczu zadrgały mu radośnie.
-Dziennik szkolny?- biorąc go do ręki poczuła jakby przechodził przez nią prąd. To wszystko o czym czytała, pisała i słuchała, nagle stało się namacalne. Sarba, choć był chodzącym kompendium wiedzy, nigdy nie pokazywał jej żadnych pamiątek po aktorce, zdjęć, kolczyków, drobiazgów. Do tej pory była utkana ze wspomnień, razem z całą bandą przyjaciół i rodziną byli oddzieleni parawanem czasu, który zrywał dopiero ten dziennik. Świadectwo, że Aldona Dereń naprawdę istniała.
-Tak, może to pani pomoże… W środku też są jakieś drobiazgi, które ocalały w archiwum i na zapleczu. Jakiś puchar ze skoku w dal stoi jeszcze na korytarzu, ale daruje mi pani…
-Oczywiście, i tak jestem zobowiązana…- mruknęła i odpłynęła. Aldona Jadwiga Dereń, numer piąty. Pochyłe pismo nauczycielki, litery przechylone w prawą stronę. Atrament na pożółkłych, powyginanych czasem i wilgocią tuszu stronach, był brudno błękitny, po szlachetnym granacie pozostało jedynie wspomnienie. Kartkowała z namaszczeniem dziennik, czując zapach czasu, wydobywający się z zeszytu. Mignęły jej dzieci biegające po podwórku, tarcze na rękawach, mundurki, dwie kiteczki dziewczynek grających w klasy, chłopców kopiących piłkę, śmiech dzieci przerwany w końcu brzęczeniem blaszanego dzwonka. Przeglądała dalej wiekowe strony, kątem oka dostrzegając groteskowe uwagi, skupiając się na piątym rządku, wyobrażając sobie jak dziewczynka musiała śmiać się dostając piątkę z rysunku, a jak płakać przy dwói z geografii. W oczach dwoiły się jej kreseczki nieobecności, podpisy nauczycieli.
-Pani Agato?
-Tak?- spojrzała na niego zdezorientowana- Przepraszam najmocniej… Czy mogłabym spisać sobie adres?
-Oczywiście, ale nie sądzę by mogło się to pani na wiele przydać. Tu…- wyjął z kieszeni marynarki żółtą karteczkę- Jest aktualny adres pani Dereń.
-Naprawdę?
-Mówiłem, trochę się przygotowałem- mrugnął okiem.
-Nie wiem jak panu dziękować- zawstydziła się.
-Proszę mi dać pierwszy egzemplarz książki z autografem- powiedział poważnie, i dopiero widząc jej minę, zaśmiał się.
-Ja piszę…
-…książkę. Od kilkudziesięciu lat w pracuję w szkole i niech pani mi wierzy, że takie kłamstewka wyczuwam na kilometr- zachichotał- Nikt nie zbiera tak szczegółowych materiałów pisząc artykuł prasowy, zwłaszcza dla… pani wybaczy, takiej gazety- uśmiechnął się znacząco a Agata poczuła się jak pięciolatka przyłapana na kłamstwie.
-Przepraszam- tylko tyle zdołała wydukać.
____________________________________________________________
Limo.
-A Zosia?
-Co: Zosia?- pytanie go rozdrażniło.
-Krzysiu, co na to Zosia?
-Jeszcze nic.
-Nie powiedziałeś jej- odgadła i zaśmiała się- Krzysiu, czy Ty się jej boisz?
-Nie- wycedził chłodno- Ola, ty przyjmujesz taką taktykę wiesz?- spojrzał na nią przenikliwie- Kiedy masz dosyć roztrząsania własnych problemów, to błyskawicznie przerzucasz się na moje.
-Przepraszam- westchnęła i podeszła do pianina- Dużo Ci jeszcze zostało?
-Trochę- tym razem również odpowiedź była zdawkowa, ale Ola nie wyczuła chłodu, raczej odrobinę zawstydzenia.
-Reżyserowi się spodobało?
-Znasz Jurka?- spojrzał na nią przez ramię. Pokręciła przecząco głową- Powinnaś. Z nim się pracuje inaczej niż z Romanem. Romek to wiesz, albo zacznie piać z zachwytu, albo wrzeszczeć, że skopałem mu film kiepską muzyką. Co prawda, jeszcze nigdy tego nie zrobił, raz się skrzywił, przy jednym kawałku do „Noża”, ale szybko mu przeszło. Z Jerzym jest gorzej, bo nigdy nie wiesz co myśli. Przy odsłuchu, zawsze siada i zamyka oczy. Po ostatniej nucie nagle je otwiera i po prostu na mnie patrzy, świdruje spojrzeniem. To nie jest pierwszy film, który z nim robię, a ciągle nie potrafię przewidzieć, co mu się spodoba a co nie.
-Ciesz się, że chociaż Romana rozpracowałeś.
-Oleńko, ludzie to nie lustra, nie wszystko można od razu zobaczyć, na wszystko trzeba czasu.
-Nie ma czasu- szepnęła i usiadła na brzegu krzesła. Strzelała oczami na boki, nie chcąc pozwolić, by w ich kącikach zebrały się łzy.
-Jest. Tylko nie wolno go poganiać- zatopił się w nutach. Doskonale widział, co dzieje się z Olą, ale uznał, że nie powinien jej przeszkadzać. Był nie tyle nieśmiały, co zwyczajnie delikatny. Nie radził sobie ze łzami, zwłaszcza kobiecymi, tymi niewymuszonymi. Tymi, które równie dobrze mogły pojawić się u niego.
-Mama mi często mówiła, że lepiej zrobić więcej, niż nie zrobić nic. A ja Krzysiu…
-Ola, nie cofniesz czasu- powiedział łagodnie. Otaczał ich półmrok. Dochodziła dziewiąta, Zosia lada moment miała wrócić z pracy, a Ola ciągle miała wrażenie, że jest ten nieszczęsny styczniowy poniedziałek, kiedy dowiedziała się, co stało się we Wrocławiu. Śnieg wtedy padał takimi ogromnymi płatkami, wiał silny wiatr- Nie znał Cię dobrze.
-I nie chciał poznać.
-Nie- potaknął. Ola westchnęła- W sumie nikt nie wiedział, czemu miał do Ciebie taki dystans.
-To nawet nie o to chodzi, przecież nie mam o to pretensji, tylko Krzysiu, to jest koszmarne uczucie, kiedy wiesz, że rozstałeś się z kimś po kłótni, że chciałbyś cofnąć ostatnie słowa jakie z kimś zamieniłeś.
-Ale co ty byś chciała, dziewczyno?- dopiero teraz się odwrócił- Przeprosiłabyś go? Niby za co, z tego co wiem, nigdy nic mu nie zrobiłaś. Przyznałabyś mu rację? W czym? Ola, tu nie ma nic do cofania…
-Ja go szanowałam, bardzo, za film, za teatr, za STS-y, współczułam mu tej „Lalki”, i tego jak traktował go Wajda. I nie liczyłam na żadną protekcję, ani nic z tych rzeczy, tylko…
-Nie wskórasz nic takim myśleniem. Nie mam pojęcia skąd mu się to wzięło, ale byłaś dla niego materiałem na kopię Kaliny. On doskonale widział, że będziesz aktorką, że będziesz równie koszmarną żoną jak on mężem, że zwiążesz się z filmem i zrujnujesz sobie życie. Widział, że fascynuje Cię to środowisko, on, Kalina, Romek, że lubisz ten świat.
-To źle?
-Dla mnie to naturalne. Moja młodsza siostra też zawsze patrzyła na mnie, moją muzykę i chciała być taka jak ja. Może nie do końca, bo ja byłem brzydki i chorowity. Ale młodsi zawsze patrzą tak na starszych. Zbyszka raziło tylko, że zamiast budować nowy świat, chcesz należeć do starego.
-Żerować?
-Nie, nie słuchasz mnie. Kreatywność, rozumiesz? To czego od półtorej godziny we mnie nie ma, powinno być u Ciebie zawsze. Jemu często chodziło o to, żeby szanować to co jest, tworząc nowe.
-Mam dwadzieścia lat…
-A ja trzydzieści sześć. I co to zmienia?
-Przecież to dopiero początek!...
-Hej, dziewczyno, przed chwilą sama mówiłaś, że nie ma czasu- pokręcił głową- Będziesz stała w miejscu aż dobijesz do czterdziestki i stwierdzisz, że zmarnowałaś sobie życie?
-Nie mów tak, to nie tak…
-Nie mówię nic celowo, by zrobić Ci przykrość, swoją drogą…- zamyślił się na moment- Czy ja jestem złośliwy?
-Złośliwy? Najspokojniejszy niewinny czarodziej miałby być złośliwy?- zaśmiała się nieco ironicznie.
-Najspokojniejszy…
-Krzysiu.. Lubię tak z Tobą siedzieć- oparła się o jego plecy- Oj jak ja strasznie tej Ameryki nie lubię! Romka wywiało, lada moment i Ciebie tam stracę...
-To jedź z nami- rzucił niedbale. Siedzieli przez moment w milczeniu- Oleńko, no jedź z nami!- drgnął nagle, jakby pomysł, który dopiero co wpadł mu do głowy poraził go prądem.
-Co ty mówisz…
-Może i Tobie by się poszczęściło.
-To nie ziemia obiecana…
-Powiedz to Romanowi- mruknął. Entuzjazm powoli z niego uchodził.
-Wyjadę Krzysiu, wyjadę- powiedziała z nagłą pewnością.
-Teraz?
-Nie jutro, ale niedługo. Nie do Ameryki, gdzieś bliżej… To trochę zajmie, ale wyjadę, zobaczysz Krzysiu, ja nie będę nic powielać, ja wreszcie coś zrobię osiągnę!...
-Nie bierz tego tak do siebie- spojrzał na nią z dystansem.
-Chcę coś robić, działać! Chcę grać, coś pokazywać…
-Ola, spokojniej…- drgnął i rzucił okiem w stronę pianina.
-Nie można robić wszystkiego spokojnie! W szkole ciągle mi mówili, że wszystkie zmiany powinny następować płynnie, że należy robić je starannie… Kicham na to! Chcę teraz, chcę szybko!
-Oleńko, masz rację. Płynnie. Starannie- uśmiechnął się i szybko nabazgrał coś nad pięciolinią- Nawet nie wiesz, jak mądrze mówisz…
-Kpisz sobie- nadąsała się.
-Osiągniesz wiele- objął rękami jej twarz- Tylko daj sobie na to szansę- usiadł do pianina- Chcesz posłuchać?- kiwnęła tylko głową, zaskoczona. Pochylił się nisko nad klawiaturą i zaczął grać. Muzyka wypływała jak strumień spod jego palców i unosiła się wysoko nad nimi- Mówisz po francusku?- szepnął ostro, nieprzerywanie grając. Jego ton od razu uświadomił jej, że Krzyś który do niej mówi, nie jest w tej chwili Krzysiem; był to kompozytor, twórca, któremu nie należało przeszkadzać.
-Uczę się…
-To jazda, śpiewaj.
-Jak śpiewaj…- zawahała się, ale w lot pojęła o co chodzi kompozytora. Odczekała jeszcze chwilę, wychwytując motyw melodii, po czym zaczęła śpiewać, wyrzucając z siebie przypadkowe zdania, plotąc po francusku co jej ślina na język przyniosła.
-Dobra, wystarczy- przerwał jej i przesunął ręką po klawiszach- Masz za niski głos na to, ale pogadam z kim trzeba i coś się znajdzie.
-Ojej, już taka godzina!- chwyciła go za nadgarstek i spojrzała na zegarek- Zawsze się u Ciebie zasiedzę, nic dziwnego, że Zośka mnie nie lubi!- mrugnęła do niego i cmoknęła go w policzek.
-Jak Ty sobie coś ubzdurasz… Nikt Cię nie przekona, co?
-Nikt- pokręciła z uśmiechem głową- Dzięki Ci Krzysiu za wszystko- nasunęła czapkę na czoło.
-Proszę Cię bardzo… Zatelefonuję, jak u nas.
-Trzymam za słowo. Serwus!
-Serwus, serwus…- mruknął i powrócił do klawiatury.
-Z nich wszystkich, z tej całej krakowsko- łódzko- warszawskiej bandy, najbardziej była przywiązana do Krzysia, to wiem na pewno. Wszyscy to wiedzieli, chociaż początkowo nikomu się to nie podobało. On był przecież żonaty, piętnaście lat starszy, chimeryczny, wtedy już znany w połowie Europy. Poza tym, wbrew pozorom, nawet Krzysztof miał swoje za uszami… Ale z czasem każdy się zorientował co i jak, i to że Kiliańska i Komeda się przyjaźnią wiedziała cała Polska- kobieta zakaszlała. Agata, która do tej pory wlepiała w nią wzrok trochę się speszyła i rozejrzała się po lokalu. Błyskawicznie stwierdziła, że miejsce, które wybrała jej rozmówczyni, omijał czas. Restauracja założona pod koniec lat siedemdziesiątych, przez te kilka dekad nie zmieniła się wcale. Panował tu duszny półmrok, zabarwiony na sinoniebiesko przez papierosowy dym, którego kłęby unosiły się tu chyba z przyzwyczajenia: na ogromnej sali były tylko one, wokół nich świeciły pustki. Ściany obite były zakurzoną boazerią, powyżej której łuszczyła się powoli kremowa farba. Takie złuszczenia próbowały zasłaniać gigantyczne paprotki i inne rośliny niewiadomej produkcji panoszące się zarówno po ścianach jak i po podłogach. Wyliniały, zadeptany nieprawdopodobną ilością nóg, noszący ślady nie jednej uroczystości dywan, tłumił kroki zblazowanej kelnerki, leniwie wyglądającej przez okno, ozdobione poszarzałą firaną. Zerknęła na plasterek cytryny beznamiętnie dryfujący po powierzchni słabej herbaty, podanej w szklance na wyszczerbionym z boku podstawku- Ola była raczej mocną kobietą, z byle powodu nie ryczała, dlatego tak dobrze to pamiętam- zaśmiała się- Zawsze wspominała, że to był ostatni raz kiedy go widziała. Potem jeszcze często ją zapraszał, dzwonił, nawet ze Stanów, wie pani, Ola twierdziła nawet, że Krzysiu dzwonił do niej wtedy, w grudniu tuż przed tym jak wyszli z Hłaską w góry. Myślę, że to idiotyzm, bo z tego co wiem, obaj byli tak pijani, że na pewno nie dali by rady wykręcić do niej numeru… No, ale Olka oczywiście momentalnie stwierdziła, że to jej wina, że mogła ich powstrzymać- pokręciła z politowaniem głową- W Polsce spotkała się nawet z Zosią, zaczęła ją przepraszać i zwalać całą winę na siebie. A Zosia…- nabrała powietrza- W sumie, wcale się jej nie dziwię. Zośka poświęciła Komedzie całe życie, traciła zdrowie próbując go utrzymać przy życiu, a tu nagle przylatuje Ola, stawiając się na pierwszym planie, jako główną winną w całej sprawie. Zosia się wściekła, powiedziała jej, że chyba nie ma własnych problemów, że ma zapomnieć, o tym co Krzysiek komponował, o tym jazzie i uświadomić sobie, że kilka sal dalej umiera jej, Zosi mąż. Nie pozwoliła jej do niego zajrzeć. Miała prawo tak zareagować, bo ona wcale nie chciała szukać winnych, chciała w spokoju przy nim czuwać i po raz ostatni być dla niego najważniejszą. Ona przecież nie szukała poklasku, ona po prostu potrzebowała bliskości. Znała zresztą środowisko i pewnie się wystraszyła, że Ola chce się na śmierci Krzysia jakoś promować. To Olkę zakłuło najbardziej. Potem, na jakiejś polskiej premierze, ładnych kilka lat później Zosia ją przeprosiła. Ale Ola się nigdy nie gniewała. - oparła się na krześle- Ona miała po prostu tendencję do obwiniania się o całe zło świata.
__________________________________________
Limo.
-My się chyba nie zrozumieliśmy- Agata nawet nie śmiała spojrzeć naczelnemu w oczy. Przez kwadrans siedzieli w ciszy pełnej niepokojącego napięcia aż w końcu jej przełożony odezwał się lodowato, a Starska zamarła. Teczka z jej dotychczasowymi wypocinami leżała na biurku.
-To znaczy…
-Sęk w tym, że nic nie znaczy!- rzucił teczką o blat- Oszalała pani do reszty? Daję pani miły i przyjemny temat na stronę plus dwa, no może trzy zdjęcia i co? Co dostaję? Cholerne dwa rozdziały biografii!
-Jak to biografii, przecież sam pan mówił…- spróbowała niepewnie.
-Wiem co mówiłem! Gdzieś sobie mogę wsadzić to pani barwne CV skoro nie potrafi pani nawet napisać felietonu, wspomnienia!- usiadł i zaczął pocierać sobie pulsujące skronie- Zrozumiałbym jeszcze, gdyby te pięć stron były całością, poszłaby ostra korekta i po krzyku, ale tu… Ja naprawdę nie chciałbym odbierać pani tego artykułu.
-Ja też nie, przepraszam, że tak to wyszło, ale… Kiliańska była tak szalenie skomplikowaną osobą, ja… Zainteresowała mnie i chyba trochę… przesadziłam.
-No trochę. Ma pani czas do…- przewrócił kilka kartek w kalendarzu i nerwowo poprawił krawat- czwartku.
-Przyszłego czwartku, prawda?- przełknęła głośno ślinę, wiedząc doskonale, co za chwilę usłyszy.
-TEGO czwartku. To jest ostatni dzwonek- spojrzał na nią złowróżbnie- Albo wykroi z tego pani ładny wstęp i zmajstruje pozostałe 3500 znaków, albo, no cóż…
-Oczywiście- wstała czując jak miękną jej kolana- Mogę…?
-Nie, zostaw mi to jeszcze na chwilę- rzucił zbierając jej sprzed nosa kartki- To jest dobre, pani Agato, naprawdę dobre, ale sama pani rozumie, to nie ta okazja.
-Dziękuję- mruknęła tylko i wyśliznęła się z gabinetu. Miała dwa dni. Szarpnęła płaszcz z wieszaka i wyszła z budynku redakcji układając w głowie plan działania. Szybko skierowała się do biblioteki i nie licząc się z wagą wybieranych książek, za to bacznie analizując daty, wypożyczyła wszystkie książki w których mogła natknąć się na jakąkolwiek wzmiankę o Kiliańskiej. Po szybkiej wizycie w spożywczaku na rogu, obładowana dodatkowo kilkoma butelkami wina przeszukała całe mieszkanie, starając się dotrzeć do swojej redakcyjnej legitymacji i jakiejś zaległej akredytacji. Nadludzkim wysiłkiem wyciągnęła ją za szafy i byłaby wyszła z domu prosto do teatru gdyby nie natknęła się w drzwiach na wyprostowanego jak struna Sarbę.
-Byłaś u Igi- rzucił oskarżycielsko, mrużąc złowróżbnie oczy.
-Owszem- rzuciła twardo. Sarba spojrzał na nią zaskoczony, ale tylko na chwilę stracił rezon.
-Jakim prawem, pytam się?
-Jak to, jakim prawem?- spojrzała na niego, myśląc że się przesłyszała- Normalnym. Moim. A teraz przepraszam, ale muszę…- spróbowała przecisnąć się między nim a futryną, jednak jego błyskawicznie wyciągnięta ręka uniemożliwiła jej ucieczkę.
-Nie tak prędko- wepchnął ją do środka i ze stoickim spokojem zaczął ściągać płaszcz.
-Miałam wyjść!- rzuciła wściekła.
-Ale nie pójdziesz, chyba musimy sobie kilka rzeczy wyjaśnić- mówił tonem nie znoszącym sprzeciwu. Zresztą, sam jego sposób bycia odebrał Agacie ochotę do stawiania się- Nie kłopocz się, dla mnie popielniczka- mruknął bezczelnie, wyprzedzając jej zwyczajowe pytanie o kawę. Mijając ją osłupiałą wszedł do salonu- Mogłabyś ją czasem opróżnić- powiedział z dezaprobatą i pewnie namierzył śmietnik, znajdujący się z kuchni. Opadł na swój ulubiony fotel, zapalił papierosa i utknął w niej pełne nagany spojrzenie.
-Co tu się dzieje?- spytała cicho, starając się zmierzyć z sytuacją.
-Chcesz napisać porządny artykuł, w którym wyjaśnisz, jaką osobą naprawdę była Aleksandra?
-Nie.
-Więc powinnaś… Co takiego?- urwał, uświadamiając sobie zaskakującą odpowiedź dziennikarki, która stała tyłem do niego, wpatrzona w blokowisko za oknem.
-Byłam dzisiaj w redakcji, mam napisać zwięzły, miły artykuł poświęcony jej twórczości, taką pamięciówkę.
-Pamięciówkę?- powtórzył tępo Sarba.
-Tak nazywamy wspomnieniowe teksty poświęcone czyjejś pamięci, w tym wypadku Kiliańskiej.
-Nie możesz sprowadzać kilkudziesięciu lat życia i wybitnej twórczości, do jakiejś cholernej pamięciówki!- uniósł się z miejsca i patrząc na nią oskarżycielsko.
-Chyba jednak muszę- powiedziała cicho i nagle zrobiło jej się przykro. Uświadomił sobie, że wcale nie miała ochoty rozstawać się z Kiliańską, jej życiem opowiedzianym przez Sarbę. Zadomowiła się już w powojennej Warszawie. Zapadła cisza, w trakcie której zastanawiali się jak wybrnąć z sytuacji, w której znalazła się Agata.
-Ja Ci powiem, co masz zrobić- powiedział nagle Sarba tonem człowieka, bez którego świat by się zawalił.
-Ciekawe co- bąknęła uszczypliwie.
-Napisz tą całą pamięciówkę, napisz, a co- zabulgotał strzepując popiół z papierosa- A potem, zredagujesz książkę.
-Książkę?- uniosła ironicznie brew.
-Tak, okładka w środku spięte kartki, nazywamy to książką- uśmiechnął się złośliwie- Ty umiesz słuchać, a ja nie wiem, czy jeszcze komuś to wszystko będę w stanie opowiedzieć. Nie zmarnujemy tego.
-Ale ja nie chcę pisać książek, chcę pracować dla mojej gazety!- zaczęła wymachiwać rękami, jakby licząc, że w ten sposób do Sarby dotrze to co chciała mu przekazać.
-Nie obchodzi mnie, czy później napiszesz coś jeszcze. Musisz napisać tylko tę jedną.
-Muszę?- jej oburzenie osiągnęło szczyt- Nic nie muszę, a już na pewno pan nie będzie mi rozkazywał. Nie przeczę, z pana opowieści wynika, że Kiliańska była nieprzeciętną osobą, ale ja mam napisać o niej artykuł, a nie biografię. Nie po to kończyłam studia, nie po to przez tyle miesięcy parzyłam kawę i kserowałam notatki. Ani pan, ani nikt inny nie zmarnuje mi tej szansy.
-Taka z Ciebie dziennikarka, że nawet tematu nie możesz wybrać- burknął.
-To są początki!
-To napisz książkę na początek!
-Czy pan mnie w ogóle słucha? Jeśli napiszę tę cholerną książkę, to do końca życia pozostanę jej autorką i z tym będę kojarzona, bez względu na poziom artykułów, które stworzę później!- zaczynało jej brakować tchu.
-Jak będziesz dobra, to się od tego uwolnisz.
-Żałosna prowokacja- wycedziła chłodno.
-Zrobimy tak- Agacie opadły ręce. Sarba reagował tak, jakby cała rozmowa nie miała miejsca. Zignorował jej wątpliwości i argumenty, w swoim stylu kontynuując swoją myśl- Pomogę Ci napisać tę wspomnieniówkę…
-Pamięciówkę…
-Mniejsza o to- machnął ręką- Będzie świetna. Naprawdę, do niczego się nie przyczepią. Wyłuskam najważniejsze fakty, a przy tym istota charakteru Oli nie zniknie. A potem napiszemy książkę.
-Nie da rady, skąd wezmę czas?
-Rób sobie co chcesz, ale przypuszczam , że za to co napiszesz o Aleksandrze, wylecisz z redakcji szybciej, niż gdybyś nie napisała nic- spojrzał na nią z politowaniem. Agata wciąż stała w przedpokoju, kiedy usłyszała szczęk zamykanych drzwi. Westchnęła i czując do siebie obrzydzenie pobiegła by dogonić Sarbę. Ku jej zdziwieniu, mężczyzna stał oparty o szafę. Nie miał na sobie ani butów ani płaszcza i właściwie nic nie wskazywało na to, że zamierza wyjść- Co tak patrzysz?- burknął opryskliwie- Przecież wiedziałem, że tu przyjdziesz- po raz kolejny minął ją, przeklinającą własną łatwowierność i naiwność i z westchnieniem ulgi opadł na swój fotel.
-Nie obiecuję, że to dam- zaznaczyła, włączając dyktafon.
-Napisz tak…
Wolność, miłość, pasja, chyba te słowa najlepiej opisują życie, ale i twórczość jednej z najwybitniejszych polskich aktorek, Aleksandry Kiliańskiej. Wychowana w powojennej Warszawie, szybko zrezygnowała z marzeń o medycynie, które zamieniła na sen o estradzie, scenie i uczuciach, przekazywanych wprost do widza, siedzącego zaledwie parę metrów dalej.„Wszystko zaczęło się od podstawówki i kółka teatralnego”- wspomina jeden z najbliższych przyjaciół aktorki. Patrząc na zdjęcia, trudno uwierzyć, że niewiele brakowało, by ta piękna i pewna siebie kobieta, nigdy nie weszła na scenę. Po aresztowaniu jej ojca, grafika Wiktora Kiliańskiego, Aleksandra znienawidziła system, oraz otaczający świat, czemu upust dawała ostentacyjnie ignorując zarówno pochody pierwszomajowe jak i szkolne apele. Zdobyty w ten sposób czas wykorzystywała na udział w strajkach i procesach ludu robotniczego, walczącego o nową, lepszą Polskę, w którą głęboko wierzyła. „Błyskawicznie uczyła się tekstów, pozostali przepowiadali je przed lustrem, denerwowali się, a Olka do ostatniej chwili jadła albo czytała”- śmieje się spoglądając na stare fotografie Klara Zylska, przyjaciółka Kiliańskiej z pierwszej przystani, do jakiej dopłynęła po ukończeniu szkoły teatralnej, Teatru Rozmaitości, wówczas znanego jako Teatr Młodej Warszawy. Zawsze otoczona grupą przyjaciół, lubiana w szkole i w mieście, myślała, że osiągnęła już wszystko, na co było ją stać. To był jednak zaledwie jeden z przystanków, na jej twórczej drodze. Wkrótce zrealizowała swoje wielkie marzenie i zamieszkała w Krakowie, mieście jej dzieciństwa, które kochała bardziej niż rodzinną Warszawę. Tam, dzięki znajomościom nabytym jeszcze w czasach szkolnych , udało jej się znaleźć angaż w Teatrze Bagatela, od czasu do czasu biorąc udział w występach Teatru KTO. Kraków, ówczesna siedziba artystów z całego kraju, pozwoliła jej poznać wielkich tamtych czasów, między innymi- Zbigniewa Cybulskiego, Bogumiła Kobielę, a nawet Romana Polańskiego, który pomimo nader krótkiego kontaktu z Kiliańską, przez długie lata korespondował z nią, nigdy jednak nie tworząc z nią filmu. Przygody z X muzą odwróciły uwagę aktorki od teatru, przede wszystkim z powodu sukcesów, które odnosiła. Z czasem, stała się pełnoprawnym, choć jednym z najmłodszych członków grupy o której niegdyś marzyła i myślała jak o niedoścignionych ikonach. Po śmierci Cybulskiego, grupa azyl odnalazła w Warszawie, do której mimo wszystko zdecydowali się powrócić. Ostateczny wyjazd Polańskiego z kraju, jego spełnienie zawodowe i prywatne, sprawiło, że wahająca się dotychczas Aleksandra, podjęła ostateczną i nieodwracalną decyzję o wyjeździe do Francji. Rozkoszując się urokami Paryża, zagrała kilka drobnych ról w studyjnych filmach, i pewnie byłaby żyła tak dalej, gdyby na jej drodze nie pojawiła się Niagara Ruiz. Aktorka przed laty, ich pierwsze spotkanie wspominała następująco: „ To było na Montmartrze, w okolicach placu Clichy. Wychodziłam z maleńkiego kina, po którym dziś nie ma nawet śladu. Na ulicy było już ciemno, a ja marzyłam , by być już w moim mieszkaniu. Nagle, ktoś szarpnął mnie za łokieć, a ja myślałam, że to już koniec. Kiedy się odwróciłam, widziałam tylko jarzące się niemal w ciemności oczy Niagary. Znieruchomiałam przerażona a ona prosto z mostu rzuciła: W maju zaczynamy zdjęcia. I zniknęła, a następnego dnia, pod moimi drzwiami znalazłam scenariusz filmu <Kobieta Bezimienna>”. Obraz nawiązywał do jednego z najsłynniejszych dramatów Szekspira- „Makbeta”. Kiliańska wcieliła się w rolę Lady Makbet, tworząc niepowtarzalne studium psychologiczne kobiety samotnej i zaszczutej, w której brak miłości, zakiełkował żądzą władzy. Film zdobywając deszcz nagród, otworzył Kiliańskiej drogę do Europy, którą wkrótce, z Niagarą u boku, podbiła. W końcu, europejska przygoda dobiegła końca, a Kiliańska chcąc nie chcąc musiała wrócić do Polski, wówczas, nijak mającej się do wielobarwnego świata z zachodu….- Nie no, rany boskie kto to pisał?- wyszukała inicjały, jakimi opatrzony był artykuł w stopce- Starska… Agata Starska co to za jedna? Jak mogli dać komuś takiemu TAKI artykuł do napisania?- wymruczała wściekła i napiła się kawy- Świat się kończy słowo daję…
-Pani Agatko, myślę, że się dogadaliśmy- naczelny pęczniał z dumy. Wzmianka o artykule, opatrzona wybranym przez Sarbę zdjęciem Kiliańskiej zajmowała sporo miejsca na okładce najnowszego wydania gazety. Szef wymachiwał nią z radością- A już myślałem, że to koniec, po tym co pani mi dała, już myślałem, że panią będę musiał na gospodarczy wypchnąć!
-Naprawdę?- Starska, nieco przytłoczona entuzjazmem pracodawcy spojrzała na niego ze strachem. Na studiach zarówno staż jak i późniejsza praktyka w dziale gospodarczym była największą porażką i degradacją dla młodych dziennikarzy. Dziś, była już pewna, że uniknęła najgorszego i typowym dla swojego gatunku artykułem zaklepała sobie miejsce w redakcji. Sama, nie była z niego zadowolona, doskonale też zdawała sobie sprawę z tego, że tak jak w tej chwili uginała się pod ciężarem komplementów naczelnego, tak wkrótce spadnie na nią deszcz krytyki wszystkich tych, którzy nie zgadzali się ze zdaniem Sarby na temat Kiliańskiej. Przecież wciąż było mnóstwo tych, którzy ją pracowali i znali, chociażby jej córka. Nie miała cienia wątpliwości, że Sarba nie jest obiektywny, a wizerunek Kiliańskiej był niedoścignionym ideałem, jaki wytworzyła jego wyobraźnia zapewne już po śmierci aktorki.
____________________________________
Limo.
-Halo, proszę pani!- blondynka wpatrywała się w Agatę z coraz większą irytacją. Ta jednak wciąż stała, zupełnie osłupiała konfrontując rzeczywistość z własnymi wyobrażeniami.
-Nie, ja… Ja się nie umawiałam- wydukała w końcu. Siedząca przed nią kobieta machinalnie sięgnęła po kalendarz.
-Najbliższe dwa tygodnie mam całkowicie zawalone, mogę zaproponować…- przerzuciła szybko kilka kartek w kalendarzu i czerwonym cienkopisem zakreśliła wybraną datę-.. piątek za dwa tygodnie. Pani się dobrze czuje?- znów spojrzała na nią, tym razem ze zniecierpliwieniem.
-Nie, ja po prostu…
-Właściwie to kim Pani jest?- Kiliańska uniosła brew i powoli wstała. Okazała się być wysoka, szczupła, szeroka w ramionach. Machinalnie zdjęła okulary i niedbałym ruchem odłożyła je na biurko- Jak Pani się nazywa?
-Agata Starska, pracuję dla gaze…
-Dziennikarka!- mruknęła triumfalnie blondynka. Napięcie zniknęło, poczuła się pewniej- Pani pewnie w sprawie tego studenckiego przeglądu? Ma pani podbitą akredytację?- zdjęła z półki gruby, czerwony segregator- Gdyby mogła pani powtórzyć nazwisko…
-Oczywiście, że mogę, ale zapewniam że tam go pani nie znajdzie- Agata ocknęła się. Zganiwszy się w myślach za dotychczasowy brak refleksu, zdecydowała się wyłożyć kawę na ławę.
-W takim razie…
-Zależy mi na przeprowadzeniu wywiadu- wypaliła dzielnie patrząc kobiecie w oczy.
-Wywiad?- Kiliańska była autentycznie zaskoczona- Co wyście się tak uparli na te wywiady! Nie pierwszy rok prowadzę firmę, a dopiero teraz dziennikarze się nią zainteresowali i do tego hurtem!
-Hurtem?- odruchowo powtórzyła Agata, szybko się poprawiając- Oczywiście szanuję Pani działalność, ale nie o tym chciałam rozmawiać.
-Zaczyna mnie pani naprawdę irytować- Kiliańska zerknęła na zegarek, teatralnie wzniosła oczy do nieba, po czym oparła się o biurko i skrzyżowała ramiona, patrząc na rozmówczynię wojowniczo.
-Zbieram materiały do artykułu i myślę, że mogłaby mi pani pomóc…- urwała w obawie przed reakcją blondynki na kolejne słowa- Udzielając mi odpowiedzi na kilka pytań.
-Niby na jaki temat?
-Pani matki- wyrzuciła z siebie Agata. Spojrzała na blondynkę. Wyglądała jakby trafił ją piorun. Poczerwieniała i zacisnęła usta. Powoli wstała i podeszła do drzwi.
-Żegnam- syknęła cicho.
-Ale ja…
-Chyba wyraziłam się jasno- wycedziła lodowato przeszywając wzrokiem dziennikarkę- Że też od razu się nie zorientowałam! Ja nie mam matki.
-Miała pani…
-Nie mam i nigdy nie miałam. Proszę to zapamiętać i więcej tu nie wracać- chłodna elegancja, która do tej pory dodawała kobiecie klasy i powagi, nagle odebrała Agacie mowę. Nie wiedziała co powiedzieć, nie miała jednak najmniejszej ochoty wychodzić z biura nic nie załatwiwszy.
-Aleksandra Kiliańska! Proszę tylko o kilka odpowiedzi!
-Ona jest mi obca. Kompletnie obca- gdyby nie wiedza Agaty, chłodna obojętność przekonałaby ją do prawdziwości tych słów.
-Dlaczego pani…
-Bo tak jest- warknęła Kiliańska patrząc na dziennikarką z pasją- Ta kobieta tylko mignęła w moim życiu, nic do niego nie wniosła, jej obecność nic nie zmieniła! Więc o czym mam mówić? Wy, dziennikarze- mruknęła z pogardą- Naprawdę nie wiecie, co to znaczy, kiedy ktoś odmawia. Proszę natychmiast wyjść.
-Gdyby jednak…- chcąc zachować resztki pozorów godności, Agata dyskretnie położyła wizytówkę na brzegu biurka pani prezes i widząc jej minę skinęła głową i opuściła jej gabinet.
Powoli zaczynało się ściemniać. Ulice nie wydawały jej się już tak barwne i optymistyczne, jak poprzednio. Chciała jak najszybciej znaleźć się w swoim mieszkaniu, wziąć kąpiel i przeryć Internet szukając jakichkolwiek wzmianek na temat wyjątkowego nastawienia Igi Kiliańskiej do matki. W ledwo złapanym tramwaju jej humor jeszcze się pogorszył-ludzie czytający gazetę, w której pracowała, tylko przypominali jej o nieubłaganie zbliżającym się terminie oddania artykułu i niemal kompletnym braku postępów. Do swojego bloku weszła naburmuszona i zła, do tego cała mokra- kilkaset metrów od domu z ołowianego nieba spadł intensywny, siekący deszcz. Wlokła się powoli po schodach, zastanawiając się co ją jeszcze spotka.
-„A ja czekam i czekam i czekam…”- Agata stanęła jak wryta. O jej drzwi opierał się siedzący na ziemi mężczyzna. Wystukiwał butem rytm nuconej melodii, potrząsał trzymaną w ręku butelką wina. Wilgotne włosy przytrzymywały mu okulary słoneczne, kilkudniowy zarost skrywał uśmiech.
-Mikołaj, co ty tu robisz?- spojrzała na niego bezradnie.
-…”ciszę wplatam we włosy…”
-Długo tak siedzisz?- zaczęła przetrząsać torebkę w poszukiwaniu kluczy do mieszkania
-„i na palce nawlekam”- kontynuował wesoło chłopak. W końcu wstał i otrzepał spodnie.
-Masz szczęście Mała, jeszcze chwilę i bym się stąd zniósł- przeciągnął się. Weszli do mieszkania- Zaczęłaś palić?- uniósł pytająco brew widząc pełną popielniczkę.
-Nie, miałam gościa- mruknęła lakonicznie Agata, w locie zdejmując buty i płaszczyk. Była wściekła. Obecność chłopaka krzyżowała wszystkie jej plany spędzenia wieczoru, odwlekała też wizję rozpoczęcia pisania.
-Mam się czuć zazdrosny?- uśmiechnął się rezolutnie i położył się na dywanie w salonie.
-Chcesz coś do picia?- w drzwiach pojawiła się jej głowa, wreszcie uśmiechnięta. Zawsze tak robił. Ignorując kanapy i krzesła kładł się na podłodze, krzyżując nogi, zakładając ręce pod głowę.
-Nie- zerwał się niespodziewanie- Chcę, żebyś przyszła tu do mnie i chwilę ze mną pobyła- podbiegł do niej i objął ją w pasie. Zaśmiała się cicho- Nie za bardzo wychodzi ci rola wzorowej gospodyni- szepnął jej do ucha, jednocześnie całując jej szyję. Agatę przeszedł dreszcz. Złość powoli mijała, topiąc się w ramionach Mikołaja- Tęskniłem…- wyznał w końcu. Stali splecieni dłuższą chwilę, nie potrafiąc oderwać się od swoich ust-Będziemy tak stać, czy może…- rzucił jej rozmarzone spojrzenie. Momentalnie wyplątała się z jego objęć.
-Mikołaj…
-Co znowu?- burknął niezadowolony. Machinalnie wyjął z kieszeni paczkę papierosów.
-Ile razy mam Cię prosić…
-Przestań zrzędzić, on może a ja nie?- powiedział obrażony ostentacyjnie strzepując popiół do pełnej popielniczki.
-Jesteś nieznośny- syknęła i wyszła z salonu. Oparła się o parapet okna w kuchni, patrząc na szalejącą na zewnątrz burzę. Już po chwili usłyszała kroki w korytarzu.
-Powiesz mi chociaż co się z tobą dzieje?- słyszała gorycz w jego głosie-Nie dzwonisz, nie było cię od dawna na mieście, nikt nic o tobie nie wie.
-Bo nic się nie dzieje- zbyła go.
-No tak, ludzie ot po prostu rezygnują z przyjaciół i znajomych, faktycznie- bąknął sarkastycznie.
-Co Cię do cholery ugryzło?- spojrzała na niego ze złością- Ja pracuję, rozumiesz? Nie każdy ma dzianych rodziców i udziały w co drugiej firmie- wypaliła zanim zdążyła ugryźć się w język. Twarz Mikołaja stężała. Ostatni raz głęboko zaciągnął się papierosem i wydmuchując jej dym w twarz i swym starym sposobem zgasił go o podeszwę. Wściekły, ruszył w kierunku wyjścia- Poczekaj!- zrezygnowana i zła na siebie za swój brak taktu pobiegła za nim- Przepraszam.
-Daj mi spokój- odepchnął jej wyciągniętą rękę- Wkurza mnie, że zawsze jak masz zły humor, wszystko sprowadzasz do moich rodziców.
-Nieprawda…- próbowała się bronić.
-Nie wiem czemu tak Ci to przeszkadza, ale w każdym razie- zrobił efektowną pauzę- Nie zmienię tego, nawet nie chcę.
-Przecież wiesz, że wcale mi to nie przeszkadza. Miałam dość ciężki dzień…
-Jak każdy- mruknął sucho.
-Ej, chodź tu- mimo początkowych protestów, objęła go i pocałowała. Włożyła dłoń pod jego koszulkę. Doskonale wyczuwała gęsią skórkę, pojawiającą się pod wpływem jej dotyku. Wciąż nie odrywała ust od jego warg, jednak nagle, ku jej zaskoczeniu, delikatnie ją od siebie odepchnął i oparł o ścianę.
-Zadzwoń, jak będziesz w lepszym nastroju- wydyszał patrząc na nią spode łba- Teraz, to by była litość- nie czekając na jej reakcję wyszedł z mieszkania, cicho zamykając za sobą drzwi. Agata z całej siły uderzyła ręką w ścianę. Podbiegła do okna, zobaczyła jeszcze jak odchodził, trzymając ręce w kieszeniach. Na kuchennym stole wciąż stała przyniesiona przez Mikołaja butelka wina. Zrezygnowana otworzyła je i napiła się prosto z butelki.
-Pieprzone chardonney- mruknęła i pociągnęła kolejny łyk, będący dopiero jednym z wielu prowadzących do dna.
__________________
Limo.
-Tańczę na krawędzi samoumartwienia. Wiatr huczy, przechyla mnie, nie pozwala mi złapać równowagi…! Spadam, spadam w tą ciemną otchłań, wiem, że nie wyjdę, nie ucieknę, przed Tobą, drogi Losie. Że będziesz tam ze mną już zawsze, że sczeznę tam z tobą, lub nie! Darujesz mi nieśmiertelność, z dala od sensu, bez snu, wiecznie z Tobą! Zapomnieli o mnie, wszyscy, cały świat, mam tylko Ciebie! Powiedz, że słyszysz…- pochyliła głowę, twarz przysłoniła jej kurtyna włosów. Publiczność zgromadzona w teatrze zamarła, wpatrując się w scenę, pozbawioną jakichkolwiek dekoracji, praktycznie bez scenografii- jedynie na środku, przywiązana do prostego, drewnianego krzesła siedziała ta, dla której tu przyszli, Aleksandra Kiliańska. Kończyła jeden ze swoich najsłynniejszych monologów, „Dialog z Losem”. Żadne słowa nie były w stanie oddać sposobu, w jaki aktorka wypowiadała słowa, jak modulowała głos, jak go zawieszała i bez ostrzeżenia krzyczała. Głowa nieco się uniosła- Daj mi tylko jedno, najukochańszy. Jedno jedyne. Pozwól mi wybrać- szepnęła przenikliwie. Kurtyna opadła, obraz na ekranie powoli zaczął śnieżyć.
-Cholerne video- burknęła pod nosem Agata. Dojrzała jeszcze jak reżyserka spektaklu wraz z suflerem odwiązują, uśmiechającą się z ulgą i radością Kiliańską, jak kłania się przed publicznością, i z tym samym, niezmiennym wyrazem zaskoczenia i wdzięczności, podnosi z podłogi, ofiarowane jej kwiaty.
-Oglądasz własność…- suchy kobiecy głos zakończył nagranie.
-Wiem co oglądam! Własność Biblioteki Narodowej, wiem!- dziennikarka burknęła ze zniecierpliwieniem, wyjmując kasetę z odtwarzacza. Zamknęła oczy i oparła się o brzeg stołu. Coraz więcej czasu poświęcała aktorce, szybko też zorientowała się, że spakowanie jej życiorysu w jednostronicowym artykule zakrawa o niemożliwe. Wiedziała także, że bazowanie na Sarbie, istnej skarbnicy wiedzy o Kiliańskiej nie zaprowadzi jej daleko- był całkowicie subiektywny. Potrzebowała jeszcze kogoś, komu była bliższa, kto znał ją jeszcze lepiej. Zerknęła na zegarek. Za kilka minut miał się pojawić jej rozmówca. Idąc do łazienki, umyć popielniczkę, uchwyciła swoje odbicie w lustrze wiszącym w przedpokoju. Zatrzymała się i przyjrzała uważniej. Widziała wysoką, bladą blondynkę, z włosami spiętymi wysoko, żeby nie fruwały wokół twarzy. Miała pobladłe zielone oczy, lekko skośne. I mocno zarysowane usta. I zdecydowanie nie wyglądała na profesjonalną dziennikarkę. Obiecała sobie, że ostatni raz podejmie Sarbę ubrana jak Jańcio Wodnik.
-Oboje byliśmy powojennymi dziećmi. Ola urodziła się w czterdziestym siódmym, w samą wigilię. Jej ojca nigdy nie poznałem. Wiem, że był grafikiem, w przedwojennej Warszawie, projektował plakaty do Adrii i warszawskiego Ateneum. Zrobił nawet jeden plakat dla Studenckiego Teatru Satyryków, zdaje się, że ich pierwszy. Wiem, bo matka Olgi przez całe życie przechowywała jego szkice jak relikwie, miała gdzieś nawet listy i potwierdzenia odbioru zapłaty. Z tego co pamiętam, to kilka jego prac nawet wisiało w ich mieszkaniu. Sprawdź sobie, tą Adrię i Teatr Satyryków, bo widzę, że nie masz pojęcia o czym mówię- spojrzał na nią ironicznie i wypuścił kłąb papierosowego dymu. Agata zaczerwieniła się ze wstydu i wściekłości. Sarba na starość, był koszmarnie zgryźliwy. Dziennikarka wiedziała, że bezpośrednią przyczyną takiego zachowania jest ogromne zgorzknienie- Jego pewnie też słabo kojarzysz o ile w ogóle, więc wpisz w Internet Wiktor Kiliański i zobacz, co oznacza być utalentowanym. Dzisiaj wystarczy kilka koślawych pacnięć na płótnie i już wielka sztuka. Kiedyś, trzeba było się bardziej namęczyć- burknął melancholijnie, jakby taki stan rzeczy był bezpośrednio jej, Agaty winą.
-A jej matka? Kim była?- zapytała szybko zapisując na marginesie notatnika nazwy kabaretów i swoje obserwacje na temat Sarby.
-Matka Oli? Ona była krawcową. To pozwoliło im przeżyć wojnę, praktycznie ona ich utrzymywała. Nie była tak wykształcona jak Wiktor, ale miała coś cenniejszego- była zwyczajnie zaradna życiowo. Przez wojnę umierała ze strachu, zdobywając jedzenie i zrywając z murów propolskie plakaty męża, rysowane dla podziemia. Wierzyła w Polskę, ale miłość do była silniejsza. On miał cholernie charakterystyczną kreskę, chyba cała Warszawa ją znała. A z Warszawą, mogli ją poznać Niemcy- zamknął na moment oczy i zamilkł. Agata już się do tego przyzwyczaiła. Do tych chwil zadumy i momentów niepewności. Czasem irytowało ją, że to on dyktował warunki rozmowy, decydował o przerwach i nie pozwalał zmieniać z góry ustalonego przez siebie planu. Z drugiej jednak strony stwarzało jej to pewien komfort pracy, nie musiała martwić się, że będzie wyciągać z niego informacje siłą, albo że będą siedzieć i gadać o niczym do rana- Miała na imię Izabela i powiem szczerze, że nie wiem po kim Olka odziedziczyła urodę- zaśmiał się sucho- W każdym razie, kiedy ją poznałem, była rozbita aresztowaniem męża. Nigdy więcej go nie zobaczyła. Wyprowadzili go w którąś sobotę 1955 roku. Jak wiesz, dzień później poznałem jego córkę. One obie nigdy nie przestały wierzyć w to, że przeżył- uniósł się w fotelu i spojrzał jej w oczy- Rozumiesz to? Łatwiej było im myśleć, że jemu już na nich nie zależy! Że uciekł i zapomniał o dawnym życiu, niż w to że umarł! Nigdy nie potrafiłem tego zrozumieć!- warknął zrezygnowany. Agata zamyśliła się. Pierwszy raz widziała go tak wzburzonego i zadziwionego.
-Skąd pewność, że nie przeżył?- zapytała protekcjonalnie, czego jeszcze wymawiając ostatnią sylabę gorzko pożałowała. Sarba szybkim ruchem zgasił papierosa i gwałtownie zerwał się z fotela.
-Ignorantka! Jesteś żałosna w swojej niewiedzy! To nawet nie jest naiwność, tylko głupota!- z całej siły uderzył pięścią w stół. Agata podskoczyła ze strachu. Ten zamknięty w sobie człowiek, zgorzkniały i samotny, okazał się wybuchowy. Wtedy zrozumiała, że stał na straży swoich czasów, był ich żywym wspomnieniem. Bronił ich legendy, wymazywał białe plamy, chwalił ich blaski, krytykował cienie.
-Ja wcale nie…
-Oczywiście, że nie! W szkole o takich rzeczach nie mówią, trzeba samemu się ruszyć i skojarzyć pewne rzeczy. Nie rozumiesz? Naprawdę nie rozumiesz, że wtedy nikt stamtąd nie wracał? Nikt! Pojawienie się ich w drzwiach to było jak wyrok. A Ola z matką miały szczęście, że same przeżyły. Nie mogę znieść, że z takim lekceważeniem podchodzicie do tragedii które nas spotykały, bo tak to trzeba nazwać- skrzyżował ramiona i ostentacyjnie unikał jej wzroku- Dla Ciebie to, że każdego dnia ktoś znikał, zostawiając dom i rodzinę jest linijką, kilkadziesiąt znaków w artykule. A myśmy to odczuli na własnej skórze. Więc nie waż się więcej negować spraw, które dla osób choć odrobinę świadomych historii swojego kraju są oczywiste- opadł na zajmowany wcześniej fotel. Znów siedział z zamkniętymi oczami, bawiąc się bransoletą zegarka. Agata siedziała skamieniała, wciąż zszokowana jego nagłym wybuchem. Nie wiedziała jak powinna się zachować, i co może sprowokować go do kolejnego napadu. Czekała. Nerwowo mrugała powiekami, czuła jak jej serce bije w przyspieszonym rytmie, nie chciała, by zorientował się, jak wielkie wrażenie na niej wywarł-Mieszkały więc we dwie, w dużej, czynszowej kamienicy na Żoliborzu. Esencja secesji. Jakieś kute bramy, płaskorzeźby i data wyryta na samej górze budynku. Właściwie, to niewiele czasu spędzaliśmy w domach- biegaliśmy nad Wisłę, przesiadywaliśmy w Marymoncie, ganialiśmy po parkach, cuda wianki. Do mnie, przychodziliśmy rzadko. Wstydziłem się. U niej zawsze pachniało obiadem, było ciepło, jej matka z uśmiechem pytała czy jesteśmy głodni. U mnie było inaczej. Moja Mama w domu była gościem. Szybko nauczyłem się gotować, bo głupio mi było patrzeć jak styrana wraca roboty i rzuca się do garów. Więc ja wziąłem to na siebie. I początkowo strasznie nie chciałem, żeby Olka o tym wiedziała. Myślałem, że przestanie mnie traktować jak chłopaka, że wyzwie od bab. A jej się to całkiem spodobało. Poza tym, mój dom pachniał tęsknotą do ojca. Ale inną niż u niej- u niej, ta tęsknota była uświęcona, one kochały kogoś, kto odszedł prawie jak bohater. Myśmy z matką wiedzieli, że ojciec zwyczajnie nas wystawił. Ta tęsknota była taka ponura i żałobna. I Ola szybko to wyczuła. I zrozumiała, że wolę żebyśmy u mnie nie siedzieli. Nigdy nic nie powiedziała, ale jestem pewna, że wiedziała.
-Mówi Pan, że spędzaliście wspólnie większość czasu. Ola nie miała przyjaciółek, koleżanek? Nie ciągnęło jej choć trochę do lalek, albo czegoś w tym stylu?- zasłuchana w jego opowieść Agata oparła głowę na ręce i pod półprzymkniętymi oczami nakreśliła świat, który opisywał jej Sarba. Widziała biegające po parku, tandetnie ubrane dzieci, czuła zapach kamienicy, dźwięki przejeżdżających samochodów.
-Oczywiście, że miała koleżanki z kamienicy. Znała je o wiele dłużej ode mnie, zresztą, co tu dużo mówić, nie istniała możliwość, że namówi mnie do gry w klasy czy inną bzdurę. Ale tak naprawdę, jeśli o kogokolwiek mógłbym być zazdrosny, a jednak nie byłem- krótkie wtrącenie, które zaznaczył otwierając oczy i potrząsając dłonią, upewniło dziennikarkę, że mężczyzna był w rzeczywistości bardzo zazdrosny- to o Aldonę- Agata drgnęła. To imię pojawiło się po raz pierwszy w opowieści Sarby. Dziewczyna odczuła podniecenie, podobne do uczucia towarzyszącego pojawieniu się nowego bohatera we wciągającej powieści, o którym wie się, że może odegrać kluczową rolę- Aldona była jej kuzynką, córką siostry matki Olki. Mieszkała z rodzicami w Krakowie. Nie widywały się często, ale Olka była do niej strasznie przywiązana. Zawsze jak wracała z wakacji, to ciągle mówiła, Aldona to, Aldona tamto…- przedrzeźnił przyjaciółkę z irytacją- Ale tak sobie czasem myślę, że gdyby nie Aldona, to losy Oli by się tak nie potoczyły.
-Dlaczego? W Warszawie miała chyba wiele okazji by zaistnieć- mruknęła przytomnie Agata, kodując w pamięci wyraźną niechęć Sarby do kuzynki Kiliańskiej.
-Ale w Krakowie była magia, cała ta bohema. Sztuka przed duże „s”, ona mi kiedyś powiedziała tak, słuchaj Janek, ja czasem mam wrażenie, że jak komunizm szedł przez kraj, to Kraków takim łukiem ominął- nakreślił w powietrzu półokrąg- Nie widziała tam brudu i szarości, bo była tam na chwilę.
-Jak zachowywała się w szkole?
-Nie lubiła szkoły. Szkoły jako takiej- zmarszczył brwi- Chodziła chyba na wszystkie możliwe kółka zainteresowań, bzdury typu kółko historyczne, filatelistyczne, biologiczne, chór, w końcu koło teatralne. I chyba dopiero tam poczuła się spełniona.
-Pan też brał w tym udział?
-Nie. W podstawówce, nasze drogi się trochę rozeszły. Mieliśmy po osiem lat, i do podstawówki chodziliśmy po siedem lat. Ja odkryłem wtedy uroki samochodzików, czołgów, no zabaw z chłopakami. A Ola rzuciła się w wir szkoły, znała tam wtedy każdego. Byliśmy jakoś w drugiej, a może trzeciej klasie, kiedy poznała bliżej Grażynę Dyksińską. Niesamowita to była znajomość, pamiętam, że kontaktowały się aż do śmierci Oli. Ostatni raz widziałem ją na polskiej premierze Władcy Pierścieni, to mogło być jakoś…- zmrużył oczy próbując przypomnieć sobie datę- Na początku lat 90. Wysłała mi zaproszenie. Omal jej nie poznałem- westchnął głęboko- A potem, znów staliśmy się sobie bliżsi. Ona poznała moich kumpli od piłki, czasem nawet z nami grała. A ja stałem się cenionym krytykiem spektakli wystawianych przez kółko. Zawsze mówiłem prosto z mostu, czy spektakl mnie przekonuje czy nie. Okazało się, że nie tylko Ola miała z tej grupki dzieciaków zostać kimś w świecie. Kręcił się tam Jędrek Prus, albo Karol Strasburger. Ale on krótko, on coś trenował przy Legii. Nie uwierzysz mi, ale w kilku przedstawieniach wzięła udział nawet Stanisława Celińska.
-Ola już wtedy wiedziała, że zostanie aktorką?
-Nie. Ona praktycznie do połowy liceum była zdecydowana na medycynę. Głównie ze względu na matkę. Wiedziała, że będzie musiała utrzymać dom, że lekarz jest pewnym zawodem. Poza tym, to było marzenie jej matki. Wątpię by była dobrą lekarką… Jasny gwint- zerknął na zegarek- Zasiedziałem się, jeszcze parę minut i bym się spóźnił. Czas biegnie jednak szybko- wstał i nie dając Agacie czasu na reakcję szybko zarzucił na plecy płaszcz i niemal wybiegł z mieszkania. Dziennikarka podeszła do okna. Widziała jak spokojnym, sprężystym krokiem przemierzał osiedlowe podwórko i wychodził na główną ulicę. Wiosna. Uchyliła okno, pozwoliła słońcu musnąć swoje policzki. Widziała tonący w słonecznych promieniach wiatr, ożywczo zielone liście poszturchiwane przez wiatr. Wyrwała się z letargu. Lunatycznym krokiem podeszła do laptopa i szybko go uruchomiła. W wyszukiwarkę wpisała nazwisko. Wśród milionów chybionych stron, wybrała tą jedną, zawierającą potrzebne jej informacje. Dochodziła szesnasta. W niespełna piętnaście minut Agata z pomocnika kucharza przemieniła się w dziennikarkę. Dumną, pewną siebie, elegancką, budzącą zaufanie. Zbiegła po schodach, i ruszyła tą samą drogą, którą pół godziny wcześniej przemierzył Sarba. Warszawa budziła się do życia. Dresiarze okupowali już wszelkie dostępne murki i schody, dziewczęta zaczęły wyjmować z szafy krótsze spódniczki. Na ulicach pojawiły się kobiety z wózkami, gdzieniegdzie mignęły roześmiane dziewczynki na rolkach i chłopcy z piłkami pod pachą. Zrezygnowała z tramwaju. Szła uśmiechając się, czując że wiosna dodaje jej energii. W końcu dotarła do dużego budynku, wewnątrz którego znajdowała się porządnie wyglądająca firma zajmująca się dystrybucją filmów do kin studenckich i studyjnych. Jak głosił napis na tabliczce- jedyna w mieście. Przeszła przez obsadzony kwiatkami chodnik i nieśmiało uchyliła drzwi. W chłodnym korytarzu, zawalonym plakatami filmowymi nie było ludzkiej duszy. Zerkała w uchylone drzwi.
-Pani była umówiona?- podskoczyła słysząc ostry głos. Głowa blondynki pojawiła się w drzwiach i szybko zniknęła. Zaintrygowana Agata weszła do pokoju.
-Nie, ja…
-Mogę jakoś pomóc?- siedząca za biurkiem kobieta nie była stara. Była zwyczajnie zmęczona. Dwa pierwsze guziki białej, służbowej bluzki były rozpięte, włosy zaczynały wymykać się spod kontroli lakieru. Korekcyjne okulary, których używała zapewne tylko do czytania zsunęły się na czubek nosa.
Na biurku, zawalonym papierami znajdowała się mała, złocista tabliczka- „Iga Kiliańska, prezes”. Agata oniemiała wpatrywała się w nią, za nic nie mogąc odnaleźć w tej zagubionej i umęczonej kobiecie podobieństwa do jej charyzmatycznej matki.
Mam nadzieję, że nie muszę dodawać, że wszystko to co opisuję jest fikcją?
Nie będę kopiować formułki o przypadkowości zdarzeń i postaci.
Limo.
skomentuj (0)
-Jestem zły. Tak, dobrze pani słyszała. Jestem złym człowiekiem, z wielu powodów- szpakowaty mężczyzna siedzący naprzeciwko niej zamyślił się- Nie kochałem ojca ani matki. Jak zresztą, on zniknął z domu jak miałem kilka lat, nawet jego twarzy nie pamiętam. Matka całymi dniami harowała w spółdzielni, ją też widziałem przelotem. Nie czułem nic- uśmiechnął się- Tobie widzę, nie mieści się to w głowie, ile możesz mieć zresztą lat. Nie zna pani świata, który mnie wychował. Nie tylko zresztą mnie. Olę także- znów urwał- Żony mojej też nigdy nie kochałem, jej to nawet nie szanowałem. Matka to co innego, ją się z urzędu szanuje, ale co ty o tym wiesz, ty w młodości szanowałaś gumę balonową…- spojrzał na nią ironicznie- Właściwie, to ja nawet nie wiem po co ten cholerny ślub z nią wziąłem. Dziesięć lat, jeden dzieciak, którego nie pozwala mi widywać, zresztą… Nawet nie miałbym ochoty- wzruszył ramionami- Pewnie teraz smarkacz niewiele młodszy od ciebie… Taki ze mnie ojczulek, nawet nie wiem ile gówniarz ma lat- burknął bardziej sam do siebie- Ale z tego co wiem, jemu też mnie nie brakuje. Ot, takie widzisz moje życie rodzinne- urwał i przyglądał jej się z gorzkim uśmiechem na twarzy.
Nie wiedziała co się dzieje. Pracowała w redakcji jednego z bardziej uznanych krajowych magazynów, od kilku miesięcy zaledwie. To co teraz robiła, było jej sprawdzianem i pierwszym poważnym zleceniem. Skończyła się dla niej era przynoszenia kawy, mycia kubków, robienia prasówek. Dano jej szansę wdrożenia się w świat, który pokochała od kiedy tylko o nim usłyszała. Świat słowa, które było jeszcze w stanie coś zmienić. Jej nagły i dla nikogo niespodziewany awans zbiegł się z wydarzeniem tyle ważnym co tragicznym dla polskiej sceny- rocznicą śmierci legendy teatru, Aleksandry Kiliańskiej. Dla jej przełożonego zbieżność zdawała się być jednoznaczna:
-Pani Agato, pani nie rozumie, że to i tak jest wielkie wyróżnienie? Wymarzony temat na pierwszy artykuł!- grzmiał zza biurka naczelny, widząc zawód jaki odmalował się na jej twarzy- Spodziewała się pani jakiejś afery rządowej, rozwiązania tysiącletniej zagadki?- kpił z niej- Proszę traktować sprawę poważnie, dla milionów Polaków ona nadal jest symbolem wolności, rozumie Pani?
-Ale… Jest tu tylu ludzi którzy ją widzieli, chodzili na jej spektakle… Ja nic o niej nie wiem!- Agata postawiła wszystko na jedną kartę i zdecydowała się powiedzieć prawdę. Szef wstał, oparł się o biurko i spojrzał na nią ciepło.
-Wiem. Ale tu, mam nadzieję że będzie pani nie tylko zarabiać pieniądze, ale i uczyć się- odparł i skończył rozmowę. Tak właśnie Agata wkroczyła w świat zupełnie jej obcy, zapomniany i wypchnięty z pamięci przez wspomnienia podwórkowych zabaw i szkoły. Świat, na zrozumienie którego najpierw była za młoda, w końcu, kiedy niemal go zaakceptowała zniknął. Pojawił się nowy, bardziej zachęcający dla dziewczynki w jej wieku. Kolorowy, błyszczący, tak silny, że w jej umyśle bezpowrotnie zastąpił poprzedni. Zaraz po wyjściu od szefa zdecydowała postawić kraj na głowie i znaleźć kogokolwiek, kto byłby w stanie powiedzieć jej coś o Kiliańskiej. Kogoś jej bliskiego, ale obiektywnego, nie lukrujących kolegów. Wykonała setki telefonów, napisała miliony mejli, wydrukowała ogłoszenia w gazetach. I kiedy już przyjęła do wiadomości pierwszą branżową porażkę i z pudełkiem lodów, w brudnym dresie, zapuchnięta od łez zasiadła na kanapie przed telewizorem, usłyszała dzwonek. Ktoś stał pod jej drzwiami . W ten oto sposób po raz pierwszy spotkała Jana Sarbę. Otworzyła drzwi i zobaczyła wysokiego mężczyznę, z zaczesanymi rudymi, gęstymi włosami. Oczy osadzone w owalnej, mądrej twarzy przyglądały jej się badawczo. Nie był ogolony, ale schludnie ubrany. W przeciwieństwie do niej- zapewne był rozczarowany widokiem dziennikarki do której zdecydował się przyjść. Oszołomiona Agata zaprowadziła mu fotel, zaproponowała kawę.
-Dla mnie tylko popielniczka- rzucił, siadając. Gdy tylko postawiła ją na stoliku zapalił papierosa. A gdy tylko włączyła dyktafon, zaczął mówić, obserwując powoli obracające się trybiki. I mówił bez przerwy, z rzadka pozwalając wtrącić się dziennikarce, która szybko zorientowała się, że mężczyzna doskonale wie co chce powiedzieć i w jaki sposób. Nie miała również złudzeń że dowie się choćby odrobinę więcej, niż on zdecyduje się jej wyjawić. Zdegradowana do roli biernego słuchacza, całkowicie poddała się woli Sarby, wbrew sobie zatracając się w jego opowieści.
-Właściwie niepotrzebnie zawracam pani głowę paplając o sobie- uśmiechnął gasząc papierosa, odruchowo wyjmując kolejnego z paczki leżącej na stole- Panią interesuje Ola. Ale widzi pani, były okresy, kiedy nasze losy były ze sobą nierozerwalnie splecione. Poznałem ją…- zamyślił się na chwilę, dokonując w myślach obliczeń- Na podwórku. Tak, mieszkaliśmy na tej samej ulicy, ona w jednej z tych słynnych secesyjnych kamieniczek, ja w jednorodzinnym, bezkształtnym domku. Ot, po prostu, spotyka się para dzieciaków.
-Janek! Chodźże tu w tej chwili!- słysząc szorstki głos matki wołającej go z kuchni, sześcioletni chłopiec z żalem oderwał się od papierowych samolotów, które namiętnie w tym czasie składał. Przeszedł mdły korytarz i wszedł do kuchni. W bladym świetle sączącym się przez żółte firanki stała jego mama. Przedwcześnie postarzała, twarz, za którą niegdyś uganiali się chłopcy dziś była pokryta siateczką zmarszczek. Przytłoczona zmartwieniami garbiła się, nieświadomie ukrywając swój wzrost. To po niej Janek był wysoki. Gdy tylko przeszedł przez próg, poczuł na sobie jej spojrzenie- zawsze gdy widziała go po raz pierwszy od dłuższego czasu, patrzyła na niego w ten sposób: przeciągle, szukając czegoś w jego twarzy, z lękiem, tęsknotą i niepokojem. Nie znosił tego. Ciążyło mu to, szybko zorientował się, że matka za wszelką cenę chce odnaleźć w nim ojca. I był pewien, że udaje jej się to za każdym razem. Wtedy jeszcze mgiełka wspomnienia o ojcu była przez niego pielęgnowana, w jego głowie pobrzmiewał donośny śmiech, moc uścisku gdy go podnosił, zapach tytoniu. Z czasem tęsknota za ojcem zniknęła zupełnie, ustępując rozżaleniu. A matka wciąż go kochała- Jesteś, bardzo dobrze- mruknęła w końcu, uśmiechając się słabo. Podeszła do niego szybkim krokiem i nieporadnie objęła. Nie potrafiła okazywać uczuć. Zanim zdążył się zorientować zawiesiła mu na szyi czarny sznurek, przez który przewieszony był srebrny klucz.
-Mamo…
-Pójdziemy razem do kościoła, a potem ja muszę biec do zakładu- machnęła ręką ze zniecierpliwieniem- Ty masz wrócić grzecznie do domu i nikomu nie otwierać, zrozumiano?- tylko kiedy starała się być groźna, widział jak wielką miłością go darzy. Sztuczny gniew jaki starała się przywołać na twarz bardziej go rozśmieszał niż przerażał.
-Dobrze mamo- powiedział tylko i uśmiechnął się. Wzięła go za rękę i wyszli z domu. Do świątyni nie było daleko, kilka przecznic dalej. Później doszedł do wniosku, że tylko dlatego zdecydowała się pozwolić mu wracać samemu. W drzwiach strąciła mu czapkę z głowy. Potulnie szedł za nią, wdychając mdły zapach kwiatów mieszający się z kadzidłem. Ludzie z pochylonymi głowami przycupnęli w ławkach. Sarba pomyślał kiedyś, że gdy był dzieckiem, do kościoła przychodził jak do muzeum. Fascynowało go tam wszystko- nie dostrzegał jednak tego, co odnajdowała tam jego matka. Wchodząc do kościoła lubił zgadywać jaki kolor będzie miała szata księdza, czy będzie miał dziś okulary. Zauważał że pod obrazem Matki Boskiej prawie zawsze stoją żółte kwiaty, czasem tylko fioletowe. Jako jedyny dostrzegał drżenie ogromnych żyrandoli, marzył żeby wbiec po krętych schodkach na ambonę. Przechodziły go dreszcze na sam dźwięk, wydobywający się znad jego głowy. Wtedy odkrył organy. Zrobiły na nim kolosalne wrażenie- lśniące, srebrne rury wiszące ponad głowami wiernych.
-Idź prosto do domu- po raz ostatni powtórzyła mu matka. Ucałowała go w policzek i odeszła. Przez krótką chwilę patrzył jak oddala się, w prostej granatowej sukience, z torbą przewieszoną przez lewe ramię. Szybkim, równym krokiem. Zgarbiona. Westchnął i ruszył w kierunku domu. Oddychał głęboko, chcąc wyczuwać chłód klucza na brzuchu. Dochodził do domu, kiedy znikąd pojawił się pokusa. Pokusa zgrzeszenia, złamania zakazu matki i dojścia do rogu ulicy. Nie potrafił się sprzeciwić. Z miną winowajcy i poczuciem dzikiej wolności w sercu minął drzwi swego mieszkania i z dumnie uniesioną głową ruszył dalej. Po drugiej stronie ulicy w bramie dziewczynki grały w klasy. Podskakiwały jak szalone, śmiejąc się i przekrzykując. Podszedł bliżej, dostrzegł starannie narysowane kawałkiem czerwonej cegły pola, w które wskakiwały. Wszystkie ubrane w spódniczki, z misternie uplecionymi warkoczykami.
-Chodź! Spójrz jak gramy!- zawołały ze śmiechem. Nieśmiało stanął w bramie. Zdecydował się usiąść na schodkach prowadzących do kamienicy i odgadnąć zasady dziewczyńskiej gry. Dopiero wtedy dostrzegł jeszcze jedną dziewczynkę. Niewzruszenie siedziała, patrząc z tęsknotą na skaczące koleżanki. Wokół niej leżały słoiki pokryte dziwną beżową masą, powoli zastygającą w promieniach południowego słońca.
-Nie grasz z nimi?- zagaił nieśmiało. Nieczęsto rozmawiał z dziewczynkami.
-Nie- było to bardziej westchnienie niż odpowiedź. Przyglądał jej się z zaciekawieniem. Miała na sobie spodenki, czerwone ogrodniczki.
-Nie lubisz? A może nie umiesz?- mruknął kpiąco, chcąc ją trochę zirytować.
-Nie mogę…
-Mamusia Ci nie pozwala? Powiedz no, powiedz dlaczego tak siedzisz?- im krótszych udzielała odpowiedzi, tym bardziej rosła jego ciekawość.
-Muszę! Muszę! Nigdzie nie pójdę…!
-Ola! Olaa! No chodź, nikt nie skacze jak ty! Pokaż mu!- zawołała jedna z dziewczynek podskakując na jednej nodze. Podbiegła do niej i pociągnęła za rękę. Dziewczynka ani drgnęła.
-Puśćcie, przestańcie!- krzyknęła, kiedy już wszystkie starały się ją poderwać ze schodków. Odeszły kiwając główkami ze zdumieniem. Czy była aż tak silna żeby nie poddać się tylu dłoniom? Zagadka ciekawiła go coraz bardziej.
-Hej, wstań już. Jeszcze się przeziębisz. Nie musisz wcale skakać- uśmiechnął się ciepło. Podniosła ogromne oczy i spojrzała na niego ze smutkiem.
-Ja naprawdę nie mogę!
-Powiedz mi, nie możesz chodzić?- spojrzał na nią wystraszony. Po chwili jednak uświadomił sobie, że przecież potrafi grać w klasy. Zamiast powiedzieć cokolwiek, ledwo zauważalnym ruchem głowy wskazała na słoik z kleistą substancją.
-Przy… Przykleiłaś się?- wyburczał z niedowierzaniem patrząc to na nią to na słoik. Kiwnęła tylko głową- Nie możesz tu siedzieć do końca życia!- zaśmiał się.
-Właśnie że będę!- warknęła z nagłą złością.
-Dlaczego?
-Bo nie pozwolę żeby mnie zabrali! Nigdzie nie pójdę!- wtedy po raz pierwszy na jej twarzy odmalował się tak dobrze mu później znany upór.
-Ja Cię chcę tylko zabrać do domu, do twojej mamusi. Zaczyna padać!- wskazał ręką na ciemniejące chmury. Dzieci bawiące się na placyku zniknęły już dawno.
-Nie dam się zabrać!
-Komu zabrać!
-Im! Wczoraj zabrali tatusia! Nie mogą zostawić mamusi samej!- pisnęła.
-Takie było moje pierwsze spotkanie z Aleksandrą Kiliańską- zdusił papierosa w popielniczce.
-I.. co dalej?- Agata nie dopuszczała do siebie myśli, że Sarba mógł zakończyć historię w tym momencie. Skuliła się na fotelu i słuchała go, dosłownie pochłaniała każde słowo.
-Chyba się pani nie spodziewa, że faktycznie siedziała tam do końca życia?- spojrzał na nią z politowaniem- Pobiegłem po ciepłą wodę i ją oblałem. To był taki klej z mąki i wody, tym można było wie pani, kartki dwie skleić, ale nie człowieka z kamieniem. Zaraz puściło. Odprowadziłem ją pod drzwi i wróciłem do domu- wstał.
-Już pan idzie?
-Tak. Ola w zbyt dużych ilościach bywa przytłaczająca- skłonił się i ignorując osłupiałą dziennikarkę wyszedł z jej mieszkania cicho zamykając drzwi.
================================
Limo.